Magic Lullaby
Salon dzienny - Wersja do druku

+- Magic Lullaby (http://magiclullaby.pisz.pl)
+-- Dział:
Londyn
(http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=11)
+--- Dział: Magiczny Londyn (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=15)
+---- Dział: Mieszkania i posiadłości (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=41)
+----- Dział: Mieszkanie Talbotta (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=95)
+----- Wątek: Salon dzienny (/showthread.php?tid=1693)



Salon dzienny - Magic Lullaby - 10-08-2020

[Obrazek: 7wSsD5E.png]

Salon dzienny



Najlepiej umeblowane, najstaranniej dopieszczone, ale i zdecydowanie najbardziej chaotyczne ze wszystkich pomieszczeń, zdające się nie pasować do niemal ascetycznego wystroju reszty mieszkania. Zresztą, mało co wydaje się tu do siebie pasować, część mebli wygląda, jakby pochodziła z różnych okresów historycznych, nie brakuje nietypowych elementów dekoracji, jak wyglądające na cenne półpiersia, koła sterowe statku, wypełnione woluminami regały, liny, beczki, a także inne rzeczy, przywiezione najpewniej z lat spędzonych na morzu. Oknami dachowymi można wydostać się na dach budynku.



RE: Salon dzienny - Becca Hale - 10-08-2020

18/19 lipca, środek nocy

Z łóżka wyrwało ją huk sypiących się na podłogę przedmiotów. Oszołomiona zaczęła wyplątywać się niezgrabnie z koca i spadła przy tym z kanapy, obijając sobie boleśnie łokieć. Może mieszkała tutaj dwa tygodnie, ale nadal nie do końca przyzwyczaiła się do rozkładu pomieszczenia i czasem jeszcze nie wiedziała, gdzie właściwie się znajduje, tak nagle wyrwana ze snu.
W całkiem sensownym odruchu sięgnęła po różdżkę i zapaliła jedną z licznych lamp. Ku jej strapieniu, nigdzie nie było widać sprawcy bałaganu. Zawartość jednej z szafek, składająca się z trudnych dla niej do zidentyfikowania w półmroku i w nerwach przedmiotów, znajdowała się aktualnie na drewnianych panelach, ale poza tym nic nie wyglądało podejrzanie. Ktoś jednak musiał być przecież odpowiedzialny za ten bałagan! A jeśli nie była to ona, to wedle jej obliczeń powinien być to Regis. Problem polegał na tym, że choć mężczyzna uwielbiał jej dokuczać, raczej nie zniżyłby się do straszenia jej w środku nocy. Szczególnie że najprawdopodobniej zajęty był w tej chwili pracą. Podczas gdy ona usiłowała złapać kilka godzin snu przed swoją „zmianą”, on nadal rozlewał drinki i obsługiwał klientów. No, chyba że usłyszał te wszystkie hałasy. Zdołała się już przekonać, że miał albo niezwykle wyczulony słuch, albo szósty zmysł.
Miała ochotę zbiec z krzykiem po schodach i zmusić go siłą, aby pomógł jej zidentyfikować intruza, ale z jakiegoś powodu poczuła się odpowiedzialna za jego dobytek i nie chciała zostawić włamywacza sam na sam z tymi wszystkimi cudacznymi zdobyczami, które Regis trzymał pochowane po mieszkaniu. Zamiast tego, trochę trzęsąc się ze strachu i nerwów, zaczęła zaglądać w te miejsca, które wydały się jej się materiałem na kryjówkę: pod kanapę, za firanę, w szczelinę za szczególnie okazałą skrzynią…

[roll=d100]


RE: Salon dzienny - Regis W. Talbott - 10-11-2020

Jego uwagę przykuł potężny hałas nad głową, jakby piętro wyżej coś z dużą siłą runęło na podłogę. Zmarszczywszy brwi, wzniósł wzrok na sufit, nasłuchując, ale żaden nowy dźwięk nie zaalarmował go więcej, a panująca w Wywernie wrzawa skutecznie uniemożliwiała wyłapanie potencjalnych hałasów dobiegających z jego mieszkania na poddaszu. Pracował tej nocy za barem, zresztą tak samo jak niemal codziennie, w czasie gdy Becca chwytała na jego kanapie ostatnie chwile snu, które udało jej się wykraść z dnia przed rozpoczęciem swojej zmiany. A przynajmniej tak twierdziła. Hale była na tyle gapowatą jednostką, że nie zdziwiłby się, gdyby po prostu zahaczyła o coś nogą i padła na twarz wraz z całą resztą jego dobytku, wznosząc przy tym ogromny rwetes. Wciąż jednak pozostawała dla niego mniej lub bardziej obcą osobą, której niekoniecznie mógł w pełni ufać, przynajmniej nie na tyle, by zostawiać ją bez nadzoru we własnym mieszkaniu, toteż po chwili wahania uznał, że nie zaszkodzi jej sprawdzić. Ostrożności nigdy zbyt wiele, czyż nie?
Zabezpieczywszy bar, z papierosem w ustach ruszył po schodach na górę. W tej części nocy był już zwykle lekko podpity, nigdy bowiem nie szczędził sobie alkoholu, pracując za ladą i mając do niego nieograniczony dostęp. Był w końcu piratem, nawet jeśli od dawna nie postawił nogi na pokładzie statku – w jego duszy zawsze rozbrzmiewał szum fal, a w żyłach szum grogu. Być może dlatego w miarę jak pokonywał kolejne stopnie, w jego umyśle zaczęły  formować się zgoła abstrakcyjne podejrzenia. Kto wie, być może mała, z pozoru naiwna Becca właśnie wypychała sobie kieszenie jego kolekcją amuletów, którą przywiózł z azteckich ruin? Nie polecałby tego, bo był przekonany, że co najmniej jeden z nich był obciążony paskudną klątwą. A może, co gorsza, wpadła na pomysł, by przyprowadzić sobie chyłkiem jakiegoś mężczyznę, mimo że uprzedzał ją, że jego mieszkanie to bynajmniej nie miejsce schadzek i towarzyskie spotkania powinna odłożyć na inne okazje?
Przestąpił próg salonu, mrużąc lekko oczy w panującym półmroku. Zlokalizował ją w okolicach jednego z dużych kufrów, w koszuli nocnej, z wyrazem płochliwej dezorientacji wymalowanym na twarzy.
Co tu się ─ zaczął, odsuwając od ust odpalonego papierosa. Usłyszał ciche szuranie w jednym z kątów pomieszczenia i przewróciwszy oczami, westchnął przeciągle. ─ Wydaje mi się, że mówiłem: żadnych gachów.


loteria jesienna: podejrzliwość
[roll=d5]


RE: Salon dzienny - Becca Hale - 10-11-2020

Dlaczego, och, dlaczego postanowiła akurat tej nocy założyć koszulę do spania? Nigdy, ale to nigdy tego nie robiła. Dokopała się jednak do dna plecaka i znalazła jakieś bawełniane cudo, które musiało być prezentem od Crouchów, kiedy jeszcze liczyli, że będzie z niej porządna panienka. Powodowana niewytłumaczalnym instynktem wcisnęła się w ową wykończoną koronkami (acz skromną!) kieckę, zamiast swojego normalnego kompletu: koszulki i spodni od dresu. A teraz czuła się przez to podwójnie zagrożona, bo jeśli już miała być zmuszona stawić czoło intruzowi, wolałaby mieć na sobie co nieco bardziej stosownego do walki.
Wyłoniła się akurat zza kufra akurat, kiedy dobiegł ją męski głos. W pierwszym momencie nie rozpoznała w nim Regisa i w obróciła się w podskoku, który mógłby być nawet imponujący, gdyby nie zgubiła przy okazji różdżki. Pospiesznie rzuciła się za nią, potykając się o rąbek nieprzyzwoicie długiej koszuli. Przeklęła pod nosem szpetnie, pewnie nie gorzej niż dawni towarzysze Talbotta, udowadniając, że czegoś się jednak przez te tygodnie na Nokturnie nauczyła. W końcu wyprostowała się i zbliżyła do właściciela Wywerny, zerkając co jakiś czas panicznie za siebie, jakby w każdej chwili ktoś mógł ją zaatakować. Nawet jeśli w tej chwili byłoby to ze strony włamywacza całkowicie bezsensowne.
- Regis, tutaj ktoś jest. - rzuciła, kiedy w końcu znalazła się na tyle blisko, żeby móc wyszeptać to konspiracyjnie. No cóż, nigdy nie była w podobnej sytuacji. Dopiero po chwili dotarło do niej, o co została oskarżona. Spojrzała na niego ze zdumieniem i spłonęła rumieńcem, który musiał być widoczny pomimo półmroku. Jak mógł ją o coś takiego podejrzewać? Normalnie pewnie nie zareagowałaby w sposób aż tak intensywny, ale cała ta sprawa z obcym człowiekiem w pomieszczeniu, w którym spała, trochę ją wytrąciła z równowagi.
- Nie bądź głupi, czy ja wyglądam, jakbym planowała uprawiać z kimś seks? - zapytała, wskazując na swoją osobę, niepomna, że faktycznie prezentuje się bardziej… kobieco niż zwykle. - Ktoś się włamał. - powtórzyła z naciskiem, ponownie podskakując, bo znowu usłyszała jakiś hałas, który jednak mógł być po prostu wytworem jej wyobraźni.


Używam zawady: dziurawe ręce


RE: Salon dzienny - Regis W. Talbott - 10-12-2020

Patrzył z mieszaniną rozbawienia i politowania, jak przyłapana na gorącym uczynku Becca miota się, podskakuje, gubi różdżkę i potyka o skraj własnej koszuli nocnej, dodając tej całej absurdalnej sytuacji niemal groteskowego wyrazu. Odczekawszy krótką chwilę, odchrząknął lekko, jak gdyby przypominając jej, że nadal tu jest i czeka na wyjaśnienia.
Co ty nie powiesz? ─ zapytał z cieniem złośliwego uśmieszku igrającego na ustach. Oczywiście, że ktoś tu był, wiedzieli o tym oboje. Zmierzył ją sceptycznym spojrzeniem, gdy z oburzeniem zapytała go, czy wygląda, jakby szykowała się do nocnej schadzki. Faktem pozostawało, że nie widział dotąd jeszcze, by spała w nocnej koszuli, z reguły wybierała do snu znacznie wygodniejsze i mniej wyjściowe elementy garderoby. ─ Nie wiem, jak wtedy wyglądasz i moją intencją było się nie dowiadywać, dlatego wyznaczyłem takie, a nie inne zasady. Wiesz, generalnie taki był cel.
Becca wydawała się jednak niezmordowana. Tym razem z przekonaniem godnym większej sprawy zaczęła perswadować mu, że musiało dojść do włamania.
Tak, tak do twojego serca, wiem ─  przerwał jej, machnąwszy ręką, nim zdążyła dobrze sformułować myśli. ─  No już, młoda panno, wyciągaj go z tej dziury, w której się skitrał, zanim sam wytargam go za fraki.
Jakby nie patrzeć, miał pewne podstawy, by nie ufać jej na słowo. W końcu pierwszym, co wyszło z jej ust, gdy przestąpiła próg jego pubu, było kłamstwo bądź, jak kto woli, półprawda. Przedstawiła się wtedy jako sierota bez miejsca, w którym mogłaby się podziać, podczas gdy obecnie wiedział już, że chociaż faktycznie była sierotą, to gdzieś tam czekali na nią adopcyjni rodzice i ciepłe łóżko, z którego zrezygnowała wskutek własnej decyzji.
Zupełnie niewzruszony najczystszym oburzeniem malującym się na jej twarzy patrzył więc spokojnie, jak z nagłą determinacją ruszyła w kierunku, z którego dobiegały ich podejrzane odgłosy, gotowa zdemaskować rzekomego intruza. Zajrzawszy ostrożnie za dwa kufry, Becca zbliżyła się do najbliższej zasłony i odciągnęła ją gwałtownym ruchem. Wówczas z kryjówki wypadło coś małego, kanciastego, z długim haczykowatym nosem, co po krótkich oględzinach okazało się być… goblinem. Na moment zapadła niezręczna cisza.
Wiesz, ja sporo rozumiem ─ odezwał się w końcu, unosząc lekko brwi i powoli ważąc wypowiadane słowa ─ Ludzie miewają różne preferencje. Sam kiedyś byłem bliski zrobienia tego z syreną. ─ Odchrząknął, a jego brwi zmarszczyły się w wyrazie lekkiego zniesmaczenia. ─ Ale z goblinem?
Nie zdążył zresztą wyjść z szoku, bo intruz, korzystając z chwili dezorientacji, chcąc najwyraźniej kupić sobie więcej czasu na ucieczkę, znienacka doskoczył do stojącej obok Hale i bez ogródek wgryzł się w jej odsłoniętą łydkę.


RE: Salon dzienny - Becca Hale - 10-13-2020

Ten człowiek był niemożliwy. Stał sobie jak gdyby nigdy nic i drwił z niej, zamiast zareagować na prosty komunikat: ktoś mu się włamał do mieszkania. Becca zazgrzytała zębami i była chyba o krok od zebrania połów swojej nieszczęsnej nocnej koszuli i wyniesienia się z tego miejsca, w którym nikt nie szanował jej słów. Powstrzymało ją jedynie to, że nadal nie miała się gdzie podziać i kanapa w salonie Regisa, nawet jeśli od czasu do czasu w śnie przeszkadzali jej nieproszeni intruzi, pozostawała najbezpieczniejszą przystanią.
- Jesteś uparty jak osioł. - syknęła do niego i zgodnie z sugestią wróciła do przeszukiwania pomieszczenia. Przecież ten włamywacz musiał gdzieś być! Nie miał za bardzo okazji, żeby niezauważenie wydostać się z budynku, prawda? Bo jeśli tak, to miała przerąbane. Talbott nie wydawał się skłonny uwierzyć jej na słowo. Zaglądając w kolejne miejsca, mamrotała coś pod nosem o tym, że ten dureń sobie nawet nie wyobraża, jak ona wygląda, kiedy planuje nocną schadzkę.
Lekkie sprostowanie — Becca go nie okłamała, a przynajmniej nie specjalnie. Ta umiejętność była jej bowiem obca, bardzo często ku własnej zgubie. Prawdopodobnie był to jedynie kolejny powód, aby zmienić miejsce zatrudnienia i trzymać się z daleka od ludzi, którzy każdą prawdę o człowieku potrafili obrócić przeciwko niemu. Całe szczęście, że umiała chociaż wmówić sobie coś do takiego stopnia, że uważała to za fakt. Jak choćby swoje niepodważalne sieroctwo.
Wciąż jeszcze czerwona na twarzy z powodu insynuacji Regisa, szarpnęła za zasłonę z zazwyczaj obcą sobie gwałtownością, próbowała jednak chyba znaleźć ujście dla nawarstwiającej się w niej złości na całą tę sytuację. Podskoczyła, kiedy okazało się, że tym razem faktycznie trafiła na kryjówkę intruza. Spojrzenie jego małych, paciorkowatych oczy wbijało się w nią z czystą nienawiścią, kiedy przez chwilę oboje szacowali swoje szanse.
I wtedy Talbott musiał się oczywiście odezwać. Niedowierzanie, które odmalowało się na twarzy Becc na skutek słów mężczyzny (trudno powiedzieć, czy spowodowała je bardziej rewelacja o spotkaniu z syreną, czy też podejrzenie, że mogłaby być seksualnie zainteresowana goblinami), musiało dać do zrozumienia pokracznemu włamywaczowi, że to jest jego moment, aby zaatakować. Zanim zdążyła zareagować, czy to odpowiedzieć Regisowi, czy też zapobiec natarciu na jej skromną osobę, poczuła, jak ostre zęby wbijają się w jej okrytą cienkim materiałem koszuli nocnej łydkę.
Wrzasnęła z bólu przemieszanego z zaskoczeniem, bo, prawdę mówiąc, nie spodziewała się takiego obrotu spraw i trochę zapomniała, że była czarownicą i czasem wychodziły jej nawet jakieś zaklęcia. Goblin najwyraźniej zwęszył pismo nosem i rzucił się w kierunku uchylonego okna, jakby go goniło stado buchorożców. W kieszeni jego kubraka coś pobrzękiwało a na kilku długich, koślawych palcach pobłyskiwały pierścienie.
- Levicorpus! - Becca chyba w końcu przypomniała sobie, że trzyma w ręce coś, co mogłoby pomóc w tej sytuacji. Kiedy zaklęcie zadziałało, a goblin zawisł pod sufitem, ucząc ją przy tym nowych przekleństw, wyglądała na całkiem zszokowaną. Jakby nie spodziewała się sukcesu. Z kieszeni intruza wysunęło się kilka wisiorków, amuletów czy czegoś w tym rodzaju, niczym złoty deszcz spadający obficie na drewnianą podłogę salonu.
- Skurwiel mnie użarł. - nadal była w szoku, a z rany na jej łydce dość wartko płynąć musiała krew, bo materiał koszuli z każdą chwilą coraz bardziej nasiąkał purpurowym płynem. Nie, nie do tego stopnia, żeby miała wykrwawić się na śmierć. Po prostu ich nieproszony gość najwyraźniej miał niezwykle ostre zęby.
- Czy w końcu planujesz mi uwierzyć? - syknęła do Regisa, wyciągając w jego kierunku różdżkę, z której prysnęło kilka iskier. - Gdybyś nie podejrzewał mnie o Merlin jeden wie co, to by się nie wydarzyło. - była na niego zła. Oczywiście, że nie ściągnęła tutaj nikogo i chciała jak najlepiej dla niego i jego dobytku, w końcu zaoferował jej nocleg! Nie zrobiła nic złego, ale to ona musiała płacić pogryzieniem. Typowe. Spojrzała z niesmakiem na goblina, który nadal rzucał pod ich adresem wymyślne obelgi, jakby nie przeszkadzało mu, że zwisa do góry nogami.
- Proszę, możesz sobie teraz porozmawiać z moim domniemanym adoratorem. Koniec końców przyszedł chyba jednak do ciebie. Albo do twoich rzeczy. - rzuciła złośliwie i dokuśtykała do jakiegoś krzesła z zamiarem zorientowania się w obrażeniach.


levicorpus - sukces
[roll=d100]


RE: Salon dzienny - Regis W. Talbott - 10-13-2020

Cóż, najwyraźniej Becca i tajemniczy goblin-włamywacz istotnie nie byli sekretnymi kochankami, a w każdym razie nieszczególnie ze sobą zżytymi, skoro ten drugi nie zawahał się zaatakować dziewczyny, gdy tylko poczuł, że może znajdować się w niebezpieczeństwie, a sytuacja okazała się sprzyjająca. To wciąż nie odpowiadało jednakże na pytania: jak się tu dostał i czy ktoś mu w tym pomógł? Nie mając czasu roztrząsać tego w tym momencie, Regis chwycił za swoją różdżkę, jednak Becca okazała się szybsza. Unieruchomiła intruza zaklęciem, nim ten zdążył zbiec przez okno.
Wprowadzasz bardzo negatywną atmosferę ─ stwierdził lekko, z niewinną kpiną, w radosnym alkoholowym rauszu nie przejmując się widocznie za bardzo odniesionymi przez nią obrażeniami ani słusznym gniewem. Spod uniesionych brwi spojrzał na jej różdżkę, którą niezbyt mądrze zdecydowała się wycelować w jego kierunku, a potem z powrotem na nią; jej wzburzona tyrada wydawała się go jednak męczyć i przemykać gdzieś koło jego uszu. Nim zdążyła dobrze zaznaczyć swoje niezadowolenie, dostrzegł coś ponad jej ramieniem i wyminął ją wpół słowa. ─ Ejże, to, zdaje się, należy do mnie.
Podszedł do lewitującego bezwładnie intruza, spoglądając na kupkę mniej lub bardziej cennych świecidełek, która wysypała się z jego kieszeni na podłogę. Na serdecznym palcu lewej ręki włamywacza połyskiwał srebrny sygnet z czaszką.
Do ciebie? Ha tfu ─ Goblin starał się, jak sądził, splunąć, ale nie przemyślał zanadto faktu, że był zawieszony pod sufitem do góry nogami, bo tylko rozprysnął sobie plwocinę po całej twarzy, co doprowadziło do wzmożonego, agresywnego szamotania. ─ Ukradłeś to.
Zaczynał powoli przyzwyczajać się, że jeśli przynajmniej raz dziennie ktoś nie oskarży go o kradzież, to będzie to bez wątpienia dzień stracony. Nie spotkał się jednak jeszcze z sytuacją, w której o podobnie niecne zamiary podejrzewał go ktoś, kto chwilę wcześniej bezprawnie przedostał się na jego posesję, by następnie wypchać sobie kieszenie jego rzeczami.
O nie, nie. Doskonale pamiętam, że ten konkretny sygnet wygrałem w kości na Tortudze od podstarzałego pirata.
W kości, ha ─ burknął z niesmakiem goblin. ─ Nie obchodzi mnie, jak wszedłeś w jego posiadanie. To robota goblinów, rozpoznam ją wszędzie. Za nic mam wasze ludzkie prawa własności. W rozumieniu moich ten sygnet powinien już dawno wrócić do swoich prawowitych właścicieli, jego wytwórców – goblinów. ─ Szarpnął się mocniej. ─ Zdejmij mnie stąd. Hej, dziewczyno, ściągnij mnie. To jest… to jest uciskanie mniejszości.
Talbott przyglądał mu się chwilę z założonymi na piersi ramionami. Zerknął wpierw na Beccę, a potem na goblina. Chyba za mało dziś wypił na to wszystko.
Widzę, że mamy tu konflikt interesów ─ odrzekł nad wyraz spokojnie, swobodnym, niemalże melodyjnym tonem, machnąwszy przy tym niedbale różdżką niebezpiecznie blisko długiego, haczykowatego nosa intruza. ─ Więc może pójdźmy na kompromis: ja ci go nie oddam, a ty łaskawie wypierdolisz z mojego mieszkania? Bo jego chyba nie wybudowałeś, że panoszysz się tu jak u siebie?


RE: Salon dzienny - Becca Hale - 10-13-2020

Ona wprowadzała negatywną atmosferę? A myślała, że winien był jej mimo wszystko włamywacz. Uniosła tylko brwi i ugryzła się w język, bo dalsze przekomarzania nie miały sensu. Poza tym prawdopodobnie powinni zaprezentować wspólny front wobec goblina, czy coś w tym rodzaju. Chociaż na to już pewnie było za późno…
W każdym razie postanowiła się nie wtrącać i pozwolić Regisowi przejąć pałeczkę. Ostatecznie to nie ją próbowano okraść, chociaż nie sprawdziła jeszcze, czy zawartość plecaka była nienaruszona. Nie spodziewała się jednak, aby w mieszkaniu pełnym najróżniejszych świecidełek i gadżetów, kogokolwiek zainteresowała jej bielizna i jeden cenniejszy zegarek.
Usadowiwszy się więc na krześle, podwinęła sobie koszulę do kolan i z dezaprobatą obejrzała zranienie na łydce. Ugryzienie nie było głębokie, ale krwawiło dosyć mocno i na pewno należało co najmniej je opatrzyć. Sceptycznie spojrzała na swoją różdżkę, bo chociaż zawsze lubiła zaklęcia lecznicze, to jakoś nie wierzyła w siebie na tyle, aby spodziewać się, że wyjdzie jej coś skutecznie dwa razy z rzędu. Wkrótce z resztą jej rozważania rozproszyła rozmowa tocząca się kilka metrów dalej. Nie wiedziała zbyt wiele o życiu Talbotta odkąd ukończył szkołę, ale musiało być ono niezwykle barwne. Syreny? Tortuga? Piraci…? Miała wrażenie, że w przeciągu tych kilkunastu minut dowiedziała się o nim więcej niż przez ostatnie dwa tygodnie.
Kiedy goblin zwrócił się do niej, poderwała głowę i skrzywiła się lekko.
- Może byłabym bardziej skłonna stanąć po stronie mniejszości, gdyby mnie wcześniej nie pogryzła. - odpowiedziała słodkim tonem intruzowi i wzruszeniem ramion zbyła spojrzenie Regisa. Czego jeszcze od niej oczekiwał? Była tutaj, powstrzymała intruza, niech teraz on martwi się o to, co należało zrobić dalej. Ona nie wiedziała, jak na Nokturnie postępuje się z włamywaczami. Normalnie wezwałaby magimilicję, ale tutaj chyba nie była ona zbyt mile widziana. Kiedy uwagę Talbotta znowu przyciągnął ich nieproszony gość, zacisnęła na moment oczy, usiłując się skoncentrować i w końcu wyciągnęła różdżkę nad poranioną skórą, szepcząc:
-Tergeo - i zaraz potem, kiedy magicznie zniknęła krew oraz ewentualne zarazki, które mogły już dostać się do rany - Episkey. - po ugryzieniu nie został nawet ślad i tylko plama krwi na białej bawełnie przypominała, że ktoś tutaj w ogóle został ranny. Beccę przepełniała w tej chwili trochę irracjonalna duma z siebie, ale właśnie wyszły jej trzy zaklęcia! Jak na osobę, która starała się przegadać każdą sytuację, żeby nie musieć odwoływać się do magii, to naprawdę nieźle! Może dla tego wypowiedziała tak mało słów w przeciągu tej sytuacji. A może odwrotnie — mniej gadania sprawiło, że skupiła się na zaklęciach i w efekcie odniosły one oczekiwane skutki. Odkrywcze. Będzie musiała to przetestować w przyszłości. Właśnie chciała coś rzucić o tym, jak to miło, że wszyscy wyszli z tego spotkania cało, kiedy rozległ się krótki wrzask, a potem huk, jakby coś ciężkiego spadło na twardą powierzchnię. Poderwała się i rozejrzała dookoła, żeby zobaczyć, jak Regis zamyka za sobą okno. Kiedy zajęta była leczeniem, musiał użyć przeciwzaklęcia i ściągnąć goblina spod sufitu, tylko po to, aby wyrzucić go po chwili na ulicę z pierwszego piętra. Na twarzy Bec przez chwilę malowała się dezorientacja, ale zaraz potem chyba pogodziła się z faktem, że tak to już było na Nokturnie. Nie, żeby uważała wyrzucanie kogokolwiek przez okno za stosowną praktykę, ale trochę jej niechęć do przemocy łagodził fakt, że została przez tego akurat ktosia ugryziona.
- Sygnet od Pirata z Tortugi, co? - stwierdziła trochę sztucznym tonem, spoglądając na trzymany przez Regisa pierścień, który musiał ściągnąć z palca intruza przed pozbyciem się go. Za chwilę podniosła się z krzesła i pozwoliła opaść materiałowi koszuli. - Często masz takich gości? - dodała, bo ostatecznie była na pierwszej linii oporu, dopóki spała w jego salonie. Wolałaby być następnym razem lepiej przygotowana, jeśli takie incydenty zdarzały mu się regularnie. Sama nie wiedziała, dlaczego nadal uważała Nokturn za względnie bezpieczne miejsce, chociaż życie tutaj na każdym kroku udowadniało jej inaczej. Ignorowała to z uporem godnym lepszej sprawy, ale może po prostu nie chciała żyć w wiecznym poczuciu zagrożenia, a nie miała lepszego pomysłu niż zostanie w Wywernie.

tergeo - sukces
[roll=d100]
episkey - sukces
[roll=d100]


RE: Salon dzienny - Regis W. Talbott - 10-14-2020

Machnąwszy różdżką, ściągnął goblina na dół przeciwzaklęciem liberacorpus i dokładnie otrzepał mu kieszenie, by upewnić się, że nie przechowuje w nich już żadnej jego własności. Intruz szamotał się dziko i ciskał niewybrednymi przekleństwami, które rozdzielał po równo między Regisa a Beccę. Nie mogąc wyrwać się z uścisku dłoni Talbotta, które pewnie trzymały go za kołnierz koszuli, rekompensował sobie to oczywiste upokorzenie kwiecistą wiązanką prosto z rynsztoka. Gobliny należały bądź co bądź do wyjątkowo dumnej rasy, która nie zapominała sobie zbyt łatwo ujm na honorze, toteż Regis niczego innego nie spodziewał się po tym konkretnym osobniku. Przeszukawszy go dokładnie, siłą ściągnął z jego palca sygnet z czaszką, po czym pogwizdując niewinnie, podniósł go za fraki jedną ręką, drugą uchylając okno.
Zaraz, co ty… aachh, AAAAAAA ─ zdążył wybełkotać włamywacz, zanim jego głos przerodził się w krzyk przerażenia.
Jego drobna sylwetka świsnęła przez okno jak worek ziemniaków. Regis wychylił się jeszcze, by obserwować tor jego lotu, dostrzegając przy tym, jak tuż nad ziemią ciało goblina przyhamowało wyraźnie, zapewne wskutek rzuconego naprędce zaklęcia zabezpieczającego, a potem gruchnęło głucho o kostkę ulicy. Niedoszły złodziej obrócił się jeszcze w jego kierunku, częstując go nową porcją gróźb i przekleństw, pomachał ku niemu zaciśniętą pięścią, po czym odkuśtykał krzywo w mroki Nokturnu.
Za dziesięć ─ ocenił fachowym okiem skuteczność swojego rzutu, lekko otrzepując przy tym ręce. Aż dziw, że nie grał profesjonalnie w quidditcha. ─ Przypomniały mi się zawody w rzucaniu gnomami.
Zerknął na Beccę, która zdążyła w międzyczasie poradzić sobie ze skaleczeniem, które sprezentował jej niechciany gość. W porządku, nie byli sekretnymi kochankami, mimo że ta myśl wydała mu się wielce zabawna i warta zgłębienia, a na pewno znacznie ciekawsza od zwykłego, pospolitego włamania. Czy to jednak oznaczało, że nie wpuściła go tu, mniej lub bardziej świadomie, na przykład nie dochowując jednego z zabezpieczeń, których miał jednak sporą ilość? Tego nie mógł być pewien.
Co, bez szklanego oka i papugi na ramieniu nie wyglądam dla ciebie dość piracko? ─ zapytał z lekkim przekąsem, wygrzebując z paczki kolejnego papierosa. Poprzedniego z oczywistych względów nie zdążył dopalić. ─ Cóż, czasem. Zwykle jednak wchodzą drzwiami, z drogą wyjścia bywa różnie. ─ Chcąc nie chcąc byli na Nokturnie, kręciło się tutaj sporo podejrzanych typów, z częścią z nich miał stały kontakt i utrzymywał interesy. Sprawy biznesowe zazwyczaj wolał jednak załatwiać w Białej Wywernie. ─ Wracam za bar. Szykuj się, za godzinę twoja zmiana.
Poczuł się zmęczony przebiegiem tej nocy. Potrzebował się zrelaksować. A poprzez zrelaksować rozumiał rzecz jasna – napić. Kiedy wychodził, na jego dłoni połyskiwał już gobliński sygnet z czaszką.

Liberacorpus (sukces)
[roll=d100]

[ zt ]


RE: Salon dzienny - Becca Hale - 10-14-2020

Kolejna rewelacja z przeszłości Talbotta: zawody w rzucaniu gnomami. W porównaniu z jego, jej życie było przeraźliwie nudne! Mogła mieć tylko nadzieję, że wynikało to z różnicy wieku i miała jeszcze czas na uzbieranie przynajmniej kilku ciekawych historii, którymi będzie mogła tak od niechcenia rzucać. Klasnęła kilka razy w dłonie, jakby faktycznie doceniała jego biegłość w wyrzucaniu ludzi przez okna, po czym splotła ramiona na piersi w oczekiwaniu na dalszy rozwój sytuacji.
I chociaż chciałaby usłyszeć coś więcej o gnomach, syrenach i zaklętych skarbach, to nie łudziła się, że usiądą sobie teraz na kanapie i mężczyzna uraczy ją bajką na dobranoc, inspirowaną własnymi doświadczeniami. Po pierwsze, to nie było w jego stylu. Po drugie zaś, żadne z nich nie planowało chyba aktualnie udawać się do łóżka.
- Nie do końca w tym jest problem. - zmarszczyła lekko nos, usiłując pogodzić obraz stereotypowego pirata, który miała w głowie z osobą Regisa - Ale wyglądasz, no wiesz, dobrze. - rzuciła, wzruszając ramionami. Miał wszystkie części ciała i wcale nie tak dużo blizn, podejrzane. Co ona jednak wiedziała o piratach? Tyle, co wyczytała w bajkach dla małych czarownic. Podpowiem wam, że nie był to zbyt często poruszany temat w tego rodzaju książkach.
Skinęła głową, kiedy Regis postanowił wrócić w reszcie do baru. Sama skierowała się do łazienki, bo nie było mowy, aby miała jeszcze zasnąć. Mogła więc ogarnąć się trochę i zjeść bardzo późną kolację albo nadzwyczaj wczesne śniadanie. Musiała też ubrać coś bardziej praktycznego do sprzątania.

z/t


RE: Salon dzienny - Regis W. Talbott - 02-04-2021

Cóż, od zawsze przejawiał niespotykany talent do pakowania się w sam środek kłopotliwych sytuacji, do znajdowania drogi w nieodpowiednie miejsca o nieodpowiednim czasie, najczęściej samemu narażając się przy tym na poważny uszczerbek. Nie od razu wyczuł specyficzne zagęszczenie atmosfery, lecz kiedy zorientował się, że coś jest nie tak, było już zdecydowanie za późno, by się wycofać. Przystanął wpół kroku, kiedy Poole wyciągnął w jego kierunku dłoń, nakazując mu, jak sądził, trzymać się z daleka. Zerknął znacząco na Beccę tylko po to, by spotkać się z jej skruszonym, zagubionym spojrzeniem. Aha, czyli jednak Hale spruła się na psach, pomyślał, westchnąwszy pod nosem. Już chciał coś powiedzieć, gdy Becca przejęła inicjatywę łagodzenia sytuacji (prawdopodobnie z korzyścią dla nich), proponując ich trójce przepicie konfliktów w Wywernie. Milczał chwilę, po czym wzruszywszy ramionami, ruszył w ślad za nią, jednak w pewnej odległości od Louisa. Jakby nie patrzeć, to w końcu jego mieszkanie.

Odpieczętował zaklęciem drzwi i przestąpił próg, kierując się z marszu do salonu dziennego, najbardziej zagraconej, ale i najprzytulniejszej części lokalu. Okna dachowe były uchylone, wpuszczając do środka delikatny powiew świeżego powietrza. Tu i tam plątały się rzeczy Becci, a w kącie pomieszczenia, pod prowizorycznym baldachimem, leżał materac służący jej za łóżko.
Czujcie się jak u siebie ─ mruknął, ściągając na wejściu buty. Zerknął w kierunku Hale i nieznacznie uniósł brwi. ─ Nie ty, Becc, ty już się wystarczająco zadomowiłaś.
Na moment zniknął w sypialni przy wtórze głośnego szurania, świadczącego o tym, że przeglądał swoje rzeczy w poszukiwaniu czegoś konkretnego. Kiedy wrócił, dłonie trzymał w kieszeni, miał też na sobie luźniejszą, świeżą koszulkę z logiem jakiegoś magicznego zespołu, którą wykorzystywał do chodzenia po domu. Oparł się o jeden ze stojących pod ścianą kufrów i zwrócił wzrok na Louisa. Chyba czas najwyższy, by rozwiązać kilka przemilczanych spraw, zanim obrócą się przeciw niemu i ugryzą go w rzyć.
Jeśli masz taką potrzebę, możemy dać sobie po razie i mieć to z głowy ─ zaczął, lewą dłonią drapiąc się po podbródku. ─ Możemy też obgadać to przy kielichu ─ dodał, wzruszając ramionami. ─ Ja jednak mam lepszy pomysł, który przewyższa dwa pozostałe razem wzięte.
Wyciągnął z kieszeni prawą pięść, zaciśniętą, można by uznać, jak do uderzenia. Jego palce rozprostowały się jednak, by ukazać dwójce towarzyszy małe zawiniątko, które spoczywało w jego otwartej dłoni, a które nabył kilka tygodni wcześniej na pokazie czarodziejskiej mody od Perseusa. Tak się składa, że niedawna rozmowa z Beth przypomniała mu o jego istnieniu. Uśmiechnął się szeroko, spoglądając na nich z łobuzerskim błyskiem w oku.
Możemy się upalić.


RE: Salon dzienny - Louis Poole - 02-08-2021

10 września 1980

Poole był w szoku i to chyba w całkiem głębokim, bo od opuszczenia Esów i floresów mówił raczej niewiele. Skupiał się na kolejnym papierosie i przemyśleniach, których miał w głowie natłok. I to taki chaotyczny, prowadzący zupełnie do niczego. Czemu robił z tego aż takie wielkie halo? Nie miał pojęcia. Przecież Frances była dorosła, samodzielna i w dodatku już jakiś czas temu przestała być jego partnerką. Może łączyło się to z powrotem uczuć towarzyszącym końcówce ich i tak krótkiego związku? A może główne skrzypce grało to, że informacja, którą podzieliła się z nim Becca, zwyczajnie wyjebała go z butów? Jedno było pewne - o zazdrości nie było tu mowy.
Trzyosobowa kompania nie zatrzymała się w Wywernie ku jego zdziwieniu. Wkroczyli w sferę niedostępną na co dzień dla barowych gości - przynajmniej nie dla tych, którzy nie lądowali w łóżku właściciela - tak dziwną, złożoną z pozornie niepasujących do siebie puzzli, a jednak tworzącą całość. I pewnie Louis zwróciłby na to większą uwagę już na wejściu, gdyby był wrażliwy na podobne rzeczy.
Przez chwilę rozpatrywał pierwszą propozycję Regisa. W sumie to brał ją pod uwagę już od chwili, w której wraz z Beccą opuścili księgarniany parkiet. Jednak standardowa reakcja, która była jego go-to, pierwszy raz nie wydawała się dobrym wyjściem. I to też było dziwne, prawie tak jak Frances wskakująca obcym czarodziejom do łóżka.
- Jaki? - Ustawił się naprzeciw Talbotta, krzyżując przy tym ręce na wysokości piersi. Wpatrywał się w niego wyczekująco, jakby jeszcze nie skończył zastanawiać się nad tą opcją z daniem sobie po mordzie dla świętego spokoju.
- Masz jakieś bletki? - Spytał po chwili, gdy już wychwycił wzrokiem co stojący przed nim mężczyzna trzyma w garści. On sam kupował gotowe papierosy, bo nie miał ani czasu, ochoty, ani potrzeby, by samodzielnie je zwijać, stąd brak bibułek. Zapewne Regis był lepiej przygotowany na podobną ewentualność, jeśli wystąpił z propozycją. Co do samego towaru, cóż... Gdy Louis trzymał się bardziej ze swoimi mugolskimi znajomymi, jeszcze w czasach Hogwartu, miał sporo do czynienia z ziołem. Sam zapach dobrze mu się kojarzył, ale dawno nie miał okazji, by po nie sięgnąć. Niezły przypadek, że pojawiło się właśnie w takich, a nie innych okolicznościach.


RE: Salon dzienny - Becca Hale - 02-08-2021

10 września 1980

- Delikatna sugestia, że powinnam się w końcu wynieść? - Becca za przykładem Regisa ściągnęła buty i szybko skierowała się do materaca, aby zakryć kocem walające się na nim ubrania. Proces decyzyjny, w co ubrać się na imprezę Fran był burzliwy, mówiąc delikatnie. - Jeszcze za mną zatęsknisz, jak się wyprowadzę. - wymruczała przy tym pod nosem, wrzucając kilka rzeczy do opartego o ścianę plecaka, w którym mieściła się reszta jej ziemskiego dobytku.
- Możesz usiąść, Louis. - zasugerowała przyjacielowi, zerkając na niego przez ramię i chyba po raz pierwszy zwracając się do niego po imieniu. Widziała, że wciąż jeszcze nie przetrawił otrzymanej informacji i coraz bardziej żałowała, że postanowiła mu ją w ogóle zdradzić. Chociaż z drugiej strony… Ech, cholera wie, co by było gdyby. Lepiej było w ogóle o tym nie myśleć. Nawet jeśli Regis, tak jej się zdawało, również nie oceniał zbyt wysoko jej szczerości. Na pewno nie w tym konkretnym przypadku.
Wzdrygnęła się, kiedy Talbott zaproponował rozwiązywanie problemów za pomocą przemocy. Nie pochwalała takich wyjść, ale jeśli obaj by się na nie zgodzili, cóż, pozostałoby jej robić za medyka. Obrzuciła szefa spojrzeniem, w myślach zazdroszcząc mu możliwości przywdziania czegoś mniej formalnego. Aż zrzuciła beret z tego wszystkiego.
- Całe szczęście. - mruknęła do siebie, kiedy Regis stwierdził, że ma jakieś inne wyjście z sytuacji. Poole również wydawał się nim zainteresowany, co jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że powinna stać się główną orędowniczką tego rozwiązania. Nawet jeśli przez dobrą chwilę nie wiedziała, na co konkretnie patrzy. Dopiero pytanie o bletki w połączeniu ze znaczeniem czasownika „upalić”, uświadomiło jej co Talbott trzyma w dłoni.
W czasach szkolnych miała kontakt z ziołem, za pośrednictwem mugolskich znajomych. Paliła też różne inne, mniej lub bardziej magiczne rośliny i właściwie nie wspominała źle tych okazji.
- Fajka pokoju? - rzuciła lekko rozbawionym tonem i podeszła bliżej do chłopaków, zostawiając w końcu w spokoju rozgardiasz, jaki panował w jej rzeczach. - Jestem za, w każdym razie. - dodała, na wypadek gdyby jej intencje nie były jasne. Regis zajął się spreparowaniem skręta przy drobnej pomocy Poole’a, a Becca tylko z boku cieszyła się, że perspektywa wspólnego upalenia odsunęła na bok sprawy, które ich poróżniły. W końcu opadli obok siebie na kanapie (ew. każdy na jakimś innym meblu) i przez chwilę w ciszy przekazywali sobie blanta, wciągając głęboko w płuca słodki dym. Becca, która jako jedyna nie była tutaj palaczką, zakłócała ich spokój głośnym kaszlem i prychaniem, ale nie poddawała się. Też chciała być częścią tego doniosłego momentu.


RE: Salon dzienny - Regis W. Talbott - 02-17-2021

Spoglądając na Poole'a, podświadomie oceniał jego postawę, potencjalną gotowość do przekształcenia tej pogawędki w mordobicie i swoje statystyczne szanse w tymże. Taki już miał odruch w sytuacjach niebezpiecznie ocierających się o konflikt. Choć podobnego wzrostu, Louis był od niego dostrzegalnie szerszy w barkach; widać było, że jako zawodowy gracz quidditcha regularnie trenował. Lata wymachiwania pałką na boisku najpewniej zrobiły swoje. Był silny, a jego ciosy odpowiednio wymierzone posiadały zapewne magiczną moc odsyłania przeciwników w objęcia nieświadomości. Regis miał jednak pewną przewagę w tego rodzaju sytuacjach – nie grał czysto, nie bał się splamić honoru, a alkoholowy rausz sprawiał, że pewne niedostatki nadrabiał żywym entuzjazmem.
Coś się znajdzie ─ odparł wreszcie, porzucając niedorzeczne rozmyślania, gdy Poole z ociąganiem przystał na propozycję zapalenia fajki pokoju i zapytał go o bletki. Przynajmniej Becca odetchnęła z ulgą po drugiej stronie salonu, szczęśliwa, że nie będzie musiała łatać ich poobijanych gąb.
Wygrzebał z jednej z szuflad małe tekturowe pudełko z bibułkami, których używał niekiedy do skręcania papierosów. Machnął różdżką w kierunku stojącego w kącie gramofonu, a ten zatrzeszczał cicho, po czym wypełnił pomieszczenie muzyką. Zerknąwszy na Poole’a, usiadł na kanapie i pochylił się nad niskim stolikiem, spreparowanym artystycznie z jakichś gratów, na który wysypał z paczki kilka papierosów, by następnie przy pomocy nowego znajomego zająć się skręcaniem blantów.
Czy mógłbym zasugerować coś podobnego? ─ rzucił jeszcze za Beccą, choć jego ton wyraźnie sugerował, że tak, mógłby. ─ Co bym zrobił bez wścibskiego rudzielca, czającego się pod moją sypialnią, by zdać raport z tego, jak i z kim spędzam wieczory?
Na jego ustach zamajaczył złośliwy uśmiech. Gdy udało im się przygotować całkiem solidnie skręconego blanta, a Hale dołączyła do nich na niewielkiej sofie, na moment skupili się całkowicie na kontemplacji swojej nowej zdobyczy. Gramofon brzęczał po drugiej stronie pokoju, czas płynął leniwie, a skręt przechodził z rąk do rąk, z ust do ust, w jakże spajającym i umacniającym relacje rytuale palenia. Po jakimś czasie czuł już pierwsze rozluźniające efekty działania marihuany, a na jego wargach błądził lekki uśmiech. Musiał przyznać Perseusowi, że nie sprzedawał byle czego.
Skoro już umacniamy więzi przy fajce pokoju ─ mruknął ironicznie, pochylając się, by przekazać jointa Poole’owi. ─ Może czas na jakąś małą spajającą aktywność, by poczuć się jeszcze bardziej jak na niezręcznych szkolnych popijawach? Prawda czy wyzwanie? Nigdy nie? Cokolwiek, co pozwoli mi dobrać się do brudnych sekretów Becci.


RE: Salon dzienny - Louis Poole - 02-26-2021

Patrzył na tę dwójkę aktualnie roztrząsającą swoją obecną sytuację mieszkaniową, która dla Poole'a była dość... wyjątkowa. Dobra, może same warunki nie były aż tak wyjątkowe, bardziej miał na myśli to, w jaki sposób do tego wszystkiego doszło i jak znaleźli się właśnie w tym punkcie, w którym byli teraz. Zmarszczył jednak brwi, gdy Regis skończył mówić, od razu kierując pytające spojrzenie na rudzielca.
- Ale czekaj... Chyba nie stałaś tam cały czas pod drzwiami, nie? To byłoby trochę chore - Spytał powoli, nawet nie próbując powstrzymać uśmiechu. - Co kto lubi, Becs, ale nie miałem cię za aż takiego zboczeńca...
Zasiedli na trochę ciasnej jak na ich trójkę kanapie - to nic, że to Poole przez swoje gabaryty sportowca zajmował jej lwią część - a pomieszczenie wypełnił znajomy dla Gryfona, a w dodatku lubiany przez niego zapach. Nie, żeby kiedykolwiek był jakimś nałogowym miłośnikiem narkotyków miękkich, ale używka kojarzyła mu się po prostu dobrze - z wakacjami spędzanymi z mugolskimi kumplami z osiedla, dopóki kompletnie nie stracił z nimi kontaktu. Owszem, powodem stał się brak czasu, ale też foch, do którego nigdy nie chciał się nikomu przyznać. Jakby to właśnie niemagiczny świat był chociaż trochę winny odejściu jego ojca. Cóż, przynajmniej teraz wiedział, że teoria ta nie miała żadnego sensu.
- Hmm... - z opóźnieniem wydał z siebie pomruk, tym samym deklarując szczere chęci w zebraniu jakichkolwiek konstruktywnych myśli. Jednocześnie przejął jointa od Regisa i zaciągnął się dymem, który nie opuścił płuc sportowca przez kilka dobrych chwil. Jedno było pewne - ten towar nie przypominał byle jakiego zielska z blokowisk. Zaraz oddał skręta dziewczynie. - Becs, prawda czy wyzwanie? O tobie wystarczy mi już rewelacji, przynajmniej na kilka następnych kolejek - rzecz jasna drugą część swojej wypowiedzi kierował do Regisa. Ku zaskoczeniu Poole'a dziewczyna wybrała wyzwanie. Czyżby chciała zrobić na złość Talbottowi, jak najdłużej zatrzymując dla siebie te brudne sekrety, które tak bardzo chciał poznać? - Macie tu jakąś sowę? Napisz list do Beth, albo Frances, że nie wiem, jednak nie zdały siódmej klasy, bo Slughorn jebnął się w punktach i muszą wrócić na rok do Hogwartu, czy coś - zachichotał na samo wyobrażenie min którejkolwiek z wymienionych czarownic, które traktowały szkolne sprawdziany śmiertelnie poważnie.


RE: Salon dzienny - Becca Hale - 02-27-2021

Zaperzyła się na słowa Regisa, ale jeszcze bardziej zirytowało ją chyba pytanie Poole'a. Nie dziwiła się, że Talbott się z nią droczy, ale zabolało ją trochę, że Louis w ogóle mógł podejrzewać ją o coś podobnego.
- Dla waszej informacji spałam w komórce pod schodami i kiedy nad ranem obudziło mnie tupanie, jak na rzetelną pracownicę przystało, sprawdziłam, kto się kręci po lokalu. - wiedziała, że to wszystko żarty, ale poczuła się trochę dotknięta. Naprawdę starała się być przyzwoitą i lojalną osobą, po prostu ta sytuacja była nazbyt dla niej skomplikowana. Kolejny dowód na to, że powinna wyprowadzić się z mieszkania Regisa, aby w przyszłości uniknąć podejmowania podobnych decyzji.
Odłożyła jednak swoje zranione ego na bok, bo skoro Talbott i Poole dogadali się w jakiejś kwestii i zrezygnowali z mordobicia, to jej grymaszenie w ogóle traciło rację bytu. Należało raczej zadbać o to, aby sielska atmosfera trwała jak najdłużej. Z tego właśnie powodu nie pisnęła również ani słowem na temat tego, że ściśnięta pomiędzy dwoma wcale nie tak drobnymi mężczyznami, ledwie mogła oddychać. Na szczęście w miarę jak skręt wędrował pomiędzy nimi, coraz mniej jej cokolwiek przeszkadzało.
Po jakiejś bliżej nieokreślonej chwili spędzonej wyłącznie wdychaniu słodkawego dymu przyjazną ciszę przerwał głos Regisa. I zanim Becca zdążyła zorientować się w sytuacji, została już wytypowana na pierwszą ofiarę.
- Wyzwanie. - odpowiedziała zdecydowanie na pytanie Poole'a, wysuwając buntowniczo do przodu brodę. Nie miała zamiaru komunikować, że nie posiada żadnych brudnych sekretów. W gruncie rzeczy była całkiem nudną osobą, nawet jeśli czasem sprawiała inne wrażenie.
Wysłuchała spokojnie pomysłu Louisa i w końcu podniosła się z kanapy, poprawiając brzeg krótkiej sukienki oraz mamrocząc pod nosem:
- Fran to ja mam chyba już na dzisiaj dosyć. - oczywiście dziewczyna nie była winna temu, że tak często pojawiała się w ich rozmowach. Faktem pozostawało natomiast, że Bec miała wrażenie, jakby nigdzie nie mogła się ruszyć tak, aby ktoś nie przywołał w rozmowie osoby Murphy.
Becca znalazła gdzieś w czeluściach swojego plecaka porządny kawałek pergaminu (tego, co planowała, nie mogła napisać na byle wygniecionym świstku) i chwyciła pióro. Kilka minut później przeczytała chłopakom treść wiadomości, po czym przywiązała całkiem spory zwitek do nóżki średnio zadowolonej Atheny. Pocieszała się, że Beth nie miała jeszcze okazji poznać jej sowy, więc nie domyśli się, kto faktycznie jest nadawcą listu.
- No dobra, Regis. Pytanie, czy wyzwanie? - rzuciła, odwracając się ponownie przodem do swoich towarzyszy, kiedy jej pupilka zniknęła za oknem. Talbott zdecydował się pójść jej śladem, co wywołało na jej twarzy podejrzany uśmiech. Zwykle to on się z niej nabijał. Planowała więc na chwilę zamienić się z nim rolami.
- Okej, pozwól mi zrobić ci make-up i wytrzymaj w nim do końca dnia. - jej oczy błyszczały wyzywająco, ale mężczyzna nie miał przecież za dużego wyboru. Właściwie wolałaby mu zadać pytanie, więc gdyby zechciał zmienić zdanie... Nie wydarzyło się to jednak i chwilę później Bec pochylała się nad nim z nielicznymi kosmetykami, które posiadała pod ręką. Kilka minut wytężonej pracy później odsunęła się o kilka kroków, kontemplując w zadumie swoje dzieło. Odkąd dowiedziała się o pirackiej przyszłości Talbotta, często wyobrażała sobie, jak mógł wtedy wyglądać albo czym się zajmował. Miała nadzieję, że lekki makijaż trochę zmniejszy wyrwę pomiędzy jej wyobrażeniami (rodem z baśni i legend) a rzeczywistością. Wyszło jej to tak... doskonale, że aż parsknęła śmiechem.
- Nie mogę się już doczekać otwarcia Wywerny. - rzuciła złośliwie.


piękny, umalowany Regis