Magic Lullaby
Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Wersja do druku

+- Magic Lullaby (http://magiclullaby.pisz.pl)
+-- Dział:
Wielka Brytania
(http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=12)
+--- Dział: Irlandia Północna i Irlandia Południowa (http://magiclullaby.pisz.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek (/showthread.php?tid=1576)

Strony: 1 2


Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Magic Lullaby - 08-19-2020

[Obrazek: xzNEjr0.jpg]

Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek



W okolicach szczytu Carrantuohill w górach Macgillycuddy’s Reek mieszczących się w Irlandii znajduje się rozległy rezerwat smoków czarnych hebrydzkich. Te majestatyczne stworzenia wiją w tym miejscu gniazda już od wielu stuleci i dzięki szerokiej opiece oferowanej im przez ród Traversów są w doskonałej kondycji. To właśnie tutaj sprowadzane są wszystkie młode tego gatunku odnalezione na terenie Irlandii. Prowadzi się tu również dom tymczasowy dla pozostałych smoczych przybłęd. Smoczy rezerwat Traversów znany jest z niezwykłego systemu zabezpieczeń, jakim objęto cały teren rezerwatu. Mianowicie na cały szczyt oraz pobliskie lasy rzucono zaklęcie, które sprawia, że w słoneczne dni okolicę zasnuwa gęsta mgła, mająca zapewnić bezpieczeństwo podopiecznym śmiało wzbijającym się w powietrze.  Kiedy tylko mugol zbliży się do granicy mgły, nagle przypomina mu się, że zapomniał o czymś niesamowicie ważnym i czuje niezwykłą potrzebę, aby nadrobić to niedopatrzenie. Co ciekawe, czar ten w pewnym stopniu oddziałuje też na wszystkich czarodziejów nieupoważnionych do przebywania na terenach rezerwatu. Nie zmusza ich do odejścia, lecz sugeruje poniekąd, że nie jest to miejsce, w którym powinni się znajdować. Dodatkowo, jeżeli ktokolwiek przekroczy granice rezerwatu, zespół głównych opiekunów natychmiast jest o tym magicznie powiadamiany i pojawia się na miejscu, aby wylegitymować przybysza i zaopiekować się nim. W końcu nigdy nie wiadomo czy zza rogu zaraz nie wyskoczy na niego głodny hebrydzki i nie odgryzie mu ręki.



RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Abel Attaway - 08-20-2020

04 lipca 1980 r.

Czułem się bezużytecznie i słabo, zbyt rozgoryczony sobą, rozgorączkowany niedawnymi wydarzeniami, mającymi miejsce w czerwcu. Ostatnia sytuacja, rozmowa z Ramseyem, wciąż zdawała mi się ciążyć, jak głaz potraktowany dodatkowo klątwą, który został zrzucony mi na głowę. Nie umiałem się skupić, wycofałem się do swojej standardowej postawy. Zupełnie jakbym był dobrze zaczarowanym posągiem, wypełniającym polecenia. Pójdź, zrób, posprzątaj, przelicz, obsłuż. A potem zostawało głównie mieszkanie, puste, nagle takie puste. To oczywiste, doskwierał mi ten brak, to że nie miałem prawa, nie mogłem kompletnie nic i też tyle robiłem. Okrągłe, wielkie zero. Ponownie częściej witałem w ciemnych zaułkach Nokturnu, masochistyczną satysfakcję czerpiąc z każdego uderzenia, obicia na ciele. Tym razem siniaków nikt nie leczył, nikt nie naprawiał mi złamań. Nie szedłem pod znajomy adres, pod popękane ciemne drzwi. Znosiłem to w ciszy, bez zbędnych słów, a moje ciało na nowo uczyło się wytrzymałości. Gobliny nie zdawały pytań, dopóki moja twarz i dłonie były potraktowane czy zaklęciami maskującymi czy też maściami. Attaway miał odpowiednio wyglądać dla klientów, wchodzić w skórę gładką dla kontrahenta, reklamować usługi banku i sprawdzać ostatnie wyliczenia. No i Attaway to robił. Ubrudzony cieczami ze skrytek znowu się czyścił, przebierał i stawał tam, gdzie powinien. Wyćwiczony psidwak na pokazie.
Piątkowy dzień w pracy ciągnął się w nieskończoność, a późniejsza wizyta u babki Thelmy przeszła bardzo średnio, bo ta nie odpuszczała. Pytania leciały bez wytchnienia i w końcu, na Salazara, w końcu coś się obluzowało, wyszło na wierzch.
- Nie babci kurwa sprawa - takie padły słowa. Rozgorączkowane bo nie mogłem. Nieświadomie nadepnęła, właśnie tam, gdzie kuło najbardziej. W jątrzącą się ranę. To oczywiste, że musiałem od niej oberwać więc oberwałem zaklęciem. Zaczarowane ścierki okładały mnie po głowie, aż w końcu babcia obwieściła, że skoro tak nad językiem nie umiem panować to czas bym się wreszcie przydał. Skierowała mnie wprost do jednego z rezerwatów rodu, tego, z którym najbardziej była związana. Powiedziała o zabezpieczeniach, ale informacje były szczątkowe. Jasnym było, że musiałem radzić sobie na własną rękę na miejscu. Przeniosłem się za pomocą świstoklika, kawałek przechodząc pieszo. Górzyste tereny nie sprzyjały, ale przynajmniej miałem czym zająć myśli. Z drugiej strony czułem się wyprany z jakiegokolwiek entuzjazmu. Przejście przez las wydłużyło mi się niemiłosiernie, a kiedy wreszcie znalazłem się na miejscu to zostałem otoczony.
No tak, oczywiście.
Zajebiście.
- Zostałem tu zaproszony - rzuciłem w odpowiedzi na pierwsze pytania, wręcz znudzony.
- Przez kogo niby? To teren prywatny. Nie pojawiła się żadna informacja o tym by ktoś dzisiaj miał się pojawić.
- Nigdy cię tu nie widziałem. Jak na moje to ściemnia, chłopaki.
- Zostałem tu zaproszony - powtórzyłem cierpliwie, starając się zapanować nad jakimikolwiek dziwnymi odruchami. - Przez Thelmę Travers.
- Ta i co jeszcze? - zadrwił pryszczaty młody chłopak, zaczynając się śmiać. - Może jeszcze przez Ministra Magii?
- Zawołaj ktoś Rhysa. Będzie miał niezły ubaw jak tu przyjdzie.
- Rhys i ubaw? Ale masz dzisiaj poczucie humoru, nie ma co, Lenny.
Beznamiętnie spojrzałem na nich jak dyskutują między sobą, który z nich ma pójść po mojego kuzyna. Rzeczywiście szykował się niezły ubaw.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 09-08-2020

Czarne chmury wisiały nad rezerwatem Traversów. Niosąc ze sobą wyjątkowo porywiste wiatry, realnie groziły każdemu, kto nieopatrznie zapomniał zabrać ze sobą ciepłej (i nieprzemakalnej) szaty. Tyle szczęścia mieli wszyscy odwiedzający, że owa zmiana pogody tak naprawdę obejmowała wyłącznie realia Rhysa. Tak mogłoby wyglądać odzwierciedlenie jego aktualnego nastroju. Kompletnie spapranego wczorajszą wizytą tej głupiej owcy, którą była dla niego panna zawodowo ujeżdżająca miotły. Z jakiegoś powodu udało jej się zapisać się na kartach jego pamięci na tyle wyraźnie, aby dziś wyjątkowo uparcie uwierało go to w dupę. Generalnie do życia dobrze mu się podchodziło na wyjebce. Kiedy mówił to, co chciał i czynił dokładnie tak samo, to czuł wreszcie, że wszystko jest na właściwym miejscu. Było stabilnie. Kiedy jednak w jego codzienność wczepiał się taki kleszcz, taka cholerna pluskwa Lúcia, aż ręce świerzbiły, aby wyprowadzić to indywiduum poza bramy jego egzystencji. Nigdy za nią nie przepadał, tym silniej, im częściej musiał ją oglądać, a rezerwat był przecież jego oazą. Miejscem, gdzie zazwyczaj nie musiał martwić się o własne samopoczucie, bo smocze towarzystwo sprawnie uciszało w nim wszelką złość czy lęki. Dzisiaj jednak było inaczej. Niejako naruszywszy jego teren swoją obecnością, wpędziła go w lekki niepokój. Nic więc dziwnego, że zareagował nieco  nadwrażliwie na wieść o tym, że u bram stawił się właśnie zaproszony gość, o którym pracownicy - a zwłaszcza on sam - nie mieli wcześniej bladego pojęcia. Przesadą byłoby twierdzić, że serce podeszło mu do gardła. Niemniej jednak podskoczyło o kilka centymetrów wyżej. Najpierw z lęku, że mógł zostać zauważony zbyt późno i ukraść czy zniszczyć smocze jaja. Potem ze złości, że w ogóle musiało do tego dochodzić, aby ktokolwiek niezapowiedziany miał prawo postawić stopę za bramą rezerwatu. Porzucił swoje obecne zajęcie tak gwałtownie, że nieco zaniepokoił młode smoczątko, które natychmiast skuliło się w cieniu maminych skrzydeł. Rhys obrzucił niezadowoloną samicę prawie identycznie gadzim spojrzeniem, jakie zafundowała mu również ona sama. Potem wcisnął szybko przez głowę podkoszulek z krótkim rękawem, ukrywając tym samym swój nagi tors (najwidoczniej nauczony ostatnim doświadczeniem, że warto to czynić) i ruszył ku skrajowi rezerwatu, aby delikatnie mówiąc wystawić delikwenta za bramę. Szkoda tylko, że zdążył już podekscytować się tą wizją, gdyż kiedy już dotarł na miejsce, czekało go bolesne rozczarowanie. Przez moment wyglądał jak ta niemądra koza, kiedy to stanął pomiędzy tymi zadowolonymi z siebie półgłówkami (aka współpracownikami) i próbował rozpracować, kto z tego towarzystwa powinien być obcy. Cisza z jego strony po pewnej chwili wzbudziła ich zainteresowanie.
- Jaja sobie robicie? - Zapytał w końcu, zmiarkowawszy, że to o Abla im chodziło. Przewrócił przy tym oczami tak wymownie, że cud brał, iż w głowie mu się od tego nie zakręciło, a gałki z oczodołów nie wyskoczyły.
- Słowo daję, nadajecie się już tylko do szorowania wybiegów. Dobrze, że chociaż własną matkę poznajecie, kiedy obiadek pod nos podstawia, bo jeszcze gotowilibyście się Avadą mierzyć. - Pasywno-agresywny ton, z którego skorzystał przy tej wypowiedzi, był strażnikom doskonale znany. Nie sprawiło to jednak, że stał się przez to łatwiejszy do przełknięcia, a wręcz przeciwnie. Nic nie zostało mu jednak odpowiedziane, a przynajmniej nie prosto w twarz. Kiedy Rhys zaprosił Attawaya w głąb rezerwatu, niewiele z tego co mogliby powiedzieć, bądź też pomyśleć miało znaczenie. Tak czy inaczej, był dzisiaj w paskudnym nastroju i paru chłystków miało niewielką szansę, aby to zmienić.
- Babka znowu nie w sosie? - Rzucił w przestrzeń, aby skłonić go do wyjawienia powodu tej niezapowiedzianej wizyty, kiedy prowadził go przez gęsty las do miejsca, w którym zakończył pracę. Przy tych wybiegach czekało go jeszcze sporo roboty, więc równie dobrze mógł poznać motywacje kuzyna już po drodze. Nie zdołał ukryć, iż ton jego głosu złagodniał znacząco, kiedy się do niego zwracał. No cóż, Abel to nie Lenny.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Abel Attaway - 09-15-2020

Pogoda zdawała się odzwierciedlać mój humor, trzymający się mnie silnie. Niebo zdawało się szare, wiatr silny, jakby miał zerwać wszystko po drodze. Nie padały z mojej strony komentarze z żartami sytuacyjnymi, nie poszerzałem swoich wpływów, próbując przekonać do siebie większą ilość goblinów i powiększyć swoje wpływy w Gringottcie. Dobre sobie. Wszystko we mnie zdawało się ulegać pożarowi, odbierano mi apetyt i chęci do czegokolwiek. Nie mogłem czytać, traciłem czas na nic nieznaczących pierdołach, a ostatnie zetknięcie z przeklętym przedmiotem w Gringottcie, przypłaciłem oparzeniami. Skóra odchodziła płachtami, a ja czułem się tak, jakbym się miał rozpaczliwie roześmiać. Można by rzec, idealny stan pod to, by trafić do Munga na oddział zamknięty. Pewnie nikogo by to nie zainteresowało, bo i po co. Ot co, czy to pierwszy taki przypadek? Może dostałbym jedną linijkę w jakimś porannym wydaniu. Ale gdybym tak komuś nakopał...? A, to już byłoby bardziej chwytliwe przez dziennikarzy! Może nawet Frances by o mnie napisała i stałoby się o mnie głośno. Może wtedy...
Powinienem tutaj poczuć się dobrze, w rodzinnym rezerwacie, którym pewnie bywała moja matka - mogła być szansa, że przynajmniej raz była też z nami, ze mną i Arthurem. Wśród smoków czarnych hebrydzkich mógłbym skupić się na czymś bardziej znaczącym niż własne, głupio bijące serce. Od jakiegoś czasu zdawało się być popsute, a smoczy ogień mógłby być tym, czego potrzebowało.
Czekałem na pojawienie się mojego kuzyna, nie zerkając na swój służbowy zegarek, jakże miły drobiazg, który wyszedł spod długich palców goblinów. O czarodziejów nie-złodziejów należało dbać, do czasu, aż się czegoś na nich nie znajdzie. Ubrany byłem raczej zwyczajnie, żeby nie powiedzieć po mugolsku. Beżowa koszula wpuszczona w proste granatowe spodnie z paskiem, a na to ciemnobrązowa szata ochładzająca i powiewająca na wietrze. Patrząc na nich, miałem wrażenie, że to ich powinni zamknąć w rezerwacie a smoki ustawić na straży. Byłoby to o wiele rozsądniejsze.
Lenny na dźwięk głosu Rhysa wyraźnie pobladł, a uśmiech zszedł z jego twarzy. Koledzy szturchali się krótko i przestali się śmiać. Najwyraźniej już nie był to taki niezły ubaw. Ja tylko w spokoju obserwowałem całe to zamieszanie. Trzeba było przyznać, że nie patyczkował się z nimi.
- A-a-ale Rhys... - zaczął jeden i już mu głos zadrżał, bo nie wiedział kompletnie jak to odczytywać.
- Cicho - syknął drugi, depcząc mu stopę, żeby jeszcze bardziej nie wybijać z rytmu Rhysa.
Zapanowała cisza, resztę wysłuchali w spokoju. Ja zaś ruszyłem bez większych problemów ze swoim kuzynem dalej. Były rzeczy, które zdawały się być w nas podobne, ale na pewno nie był to wzrost. Był równie wysoki jak Ramsey, jeśli nie wyższy. Chyba jednak wyższy.
- Jak widać - wzruszyłem nieznacznie ramionami. - Tym razem trochę się do tego przyczyniłem. Wiesz jak to jest z jej ciekawością.
Wolałem dodać, bo doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że znając naszą babcię, zaraz przedstawi wszystkim zainteresowanym swoją wersję. Aż dziw niektórych brał, że nadal utrzymywała ze mną kontakt. Tak musiała myśleć chociażby Josephine, z którą miałem najmniej styczności. Im bardziej wchodziłem w las tym pewniej się czułem. Wdychałem zapach z ulgą, kojarzył mi się z dobrymi rzeczami. Było to tak różne od tego, co miałem na co dzień w banku. Przesunąłem dłonią po swoich nieco sterczących włosach.
- Przysłała mnie do pomocy. Bym się przydał - wyjaśniłem w końcu, nie wdając się przesadnie w szczegóły odnośnie mojej gorącej rozmowy z babcią. Przecież nie powiem, że wymknęło się mi to spod kontroli. Nadal nie byłem pewien, co sądzić o Rhysie, ani tym bardziej, co on mógł o mnie sądzić.
- Daj mi po prostu zajęcie. Coś, co zajmie mi myśli.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 09-19-2020

Ciśnienie pulsujące uparcie w czaszce tylko przybrało na sile. Trudno powiedzieć czy była to już migrena, czy po prostu napływ kolejnych emocji, jakże mu w tym momencie niepotrzebnych. Potrzebował chociaż jednego dnia oddechu, nawet krótkiej chwili spokoju, kiedy to mógłby w absolutnej ciszy zająć się opatrywaniem skrzydeł czy przycinaniem pazurów. Ciemne podkowy lśniące pod oczami zdradzały, jak słabo ostatnimi czasy sypiał. Niewiele elementów, stanowiących jego pozę niewzruszonego i kontrolującego sytuację czarodzieja, tak naprawdę znajdowało odbicie w rzeczywistości, zwłaszcza w przeciągu ostatniego tygodnia. Potrafił doskonale popadać w skrajne emocje, zamiast przekuwać tę zapalczywość w coś, co byłoby chociaż odrobinę przydatne. Może dlatego nawet ucieszył się z wizyty Abla? Stanowił swego rodzaju przełamanie rutyny, która zaczynała powoli doskwierać mu w tym miejscu. Tysiące drzew, dziesiątki smoków. To w takim otoczeniu czuł się najlepiej, lecz czy nie jest rzeczą ludzką wątpić? Rozważać i smakować nowości. Brakowało mu zastrzyku adrenaliny. Może powinien rzucić na Lenny’ego jakąś klątwę, co by przełamać ten marazm?
Myślał o tym wszystkim, kiedy tylko prowadził kuzyna do miejsca, w którym dzisiaj pracował. Niewiele z tego mogło im się przydać, zwłaszcza gdy ostateczny powód, dla którego Abel znalazł się dziś w rezerwacie, nie był szczególnie jasny i najwidoczniej on sam nie miał tego zmieniać.
- A jaka jest twoja wersja? - Zapytał Rhys, oglądając się na niego przez ramię (dzięki czemu prawie dostał gałęzią prosto w twarz - tak to jest jak jest się wyższym, niż ustawa przewiduje). Nie był szczególnym fanem opowieści babci. Gdyby wczuwał się w Thelmę jeszcze bardziej, mógłby przypadkowo dowiedzieć się, że powinien mieć co najmniej cztery ręce, aby być efektywnym opiekunem smoków. Jednak on wciąż się uczył. Nawet jeżeli doskonale rozumiał smocze potrzeby - a przynajmniej tak sądził - to nie dorównywał na tym polu staruszce. Bardzo dobrze pojmował, że jej oczekiwania co do potomków Traversów są niekiedy zbyt wygórowane. Nie zamierzał go dociskać, jeżeli nie chciałby wyjaśnić mu szerzej okoliczności, w których przyszło mu się tutaj znaleźć, chociaż nawet nie starał się ukryć tego, iż naprawdę go ciekawiły. To najwidoczniej było rodzinne.
- Coś w twoim fachu czy raczej w moim? - Podpytał, nie kryjąc lekko uszczypliwego uśmiechu. Równie dobrze mógłby kazać mu cały dzień nosić wiadra z wodą, ale wątpił w to, aby kogoś, kto na co dzień pracuje umysłem, znalazł wytchnienie w prostej pracy fizycznej. Może się mylił, zaraz się okaże.
- Trzeba zabezpieczyć siatkę w pobliżu inkubatorów. W ciągu ostatnich tygodni zwierzęta prawie zdołały podkraść się do jaj. Mówiąc zwierzęta, mam na myśli ludzi. Drut jest przepalony czarami. Przydałoby się coś, co skutecznie wybijałoby im te pomysły z głowy. - Opowiedział o pierwszym problemie, przystając na chwilę w miejscu, do którego potrzebował udać się później, gdy skończy na poprzednim wybiegu. - Ewentualnie możesz pomóc mi w wykąpaniu tego młodego. - Wskazał ruchem brody na usmolone niemalże od stóp do głów smoczątko. - Uwielbia bawić się w przypalanie ogona, a nie potrafi jeszcze samodzielnie skorzystać z rzeki. - Wyjaśnił, patrząc niewzruszony, jak smoczek próbuje uszczypnąć siostrę zębami w skrzydło. - Co najpierw, drogi kuzynie?


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Abel Attaway - 09-22-2020

Emocje były najgorszym doradcą i sam odczuwałem tę klątwę. Raz za razem, niczym spragniony głupiec skazany na męki egipskich pustyń, bo był tak zachłanny by sięgnąć po skarb, który nie należał do niego. Nie było jak złapać oddechu i tak zwyczajnie oderwać się od czego, co zagnieździło się podstępnie tam pod piersią. Zapomniałem nawet czy pod prawą czy lewą, liczyło się to, że nie dało się wytrzymać. Ciężko było zaciskać zęby, gdy nie powstrzymywało to sporadycznych drżeń.
Taki był ze mnie błotoryj.
Mój kuzyn sam nie wyglądał najlepiej, ale też nie miałem porównania w swojej głowie by móc stwierdzić bezkrytycznie, czy było to normalne dla niego, czy też nie. Praca w rezerwacie zobowiązała i to przy takim zaangażowaniu, które Rhys wykazywał całym sobą. Nasza babcia szczególnie się nad nim rozpływała, a im więcej rzeczy robiłem nie tak jak powinienem, tym więcej o nim mówiła. Zupełnie jakby mnie tym zachęcała do większych starań. Dzisiaj było ich jeszcze mniej niż zazwyczaj. Rezerwat wyróżniał się w tej codzienności do której przyzwyczaił mnie Gringott, a stracenie łączności z Ramseyem odbierało mi jakiekolwiek dreszcze podekscytowania, przypominające te, które ma dzieciak oczekujący Bożego Narodzenia.
Milczeliśmy przez kawałek drogi, zapewne nie do końca czując w sobie potrzebę by zadbać choćby o te pozory, że mamy mnóstwo wspólnych tematów. Choć teraz zapanowało pewne poruszenie, myśli poszły na dłuższą chwilę na inny tor lotniczy.
Moja wersja?
Dobrze stary, że pytasz. Mój najlepszy przyjaciel nie chce mnie najpewniej znać. Moja była jest jędzą, która lubi utrudniać mi życie, więc chyba nigdy nie będziemy już mieć rendez-vous. Dostałem w twarz od trolla, lądującego na okładkach gazet, gobliny wariują i nie mam szans na pensję w Gringottcie. Napieprzam się na Nokturnie. A i jeszcze, żeby tego było mało to mam wrażenie jakby smok zaciskał mi kły na sercu, które się popsuło od czasu Stonehenge.
Nie ma bunkrów, ale i tak jest zajebiście. Bawimy się.

Przyjąłem najbardziej naturalny wyraz twarzy na jaki było mnie stać, zupełnie jakbym miał do czynienia jednym z klientów, a nie z rodzonym kuzynem. Choć pewnie niektórzy i tak by to podważali z uwagi na mojego ojca.
- Puściły mi nerwy. Oberwałem zaczarowanymi ścierkami i kazała mi zająć się czymś pożytecznym tutaj - przyznałem wreszcie, zdradzając nieco więcej. W głowie szumiało, mgła schodziła ze mnie, odsłaniając więcej tego paskudztwa, które gdzieś w sobie miałem i ono nie potrafiło wytrzymać. Ale szedłem za nim. Rhys wydawał się być bardziej opanowany i taktowny. Był bardziej wytrzymały ode mnie, z całą pewnością. Rozpiąłem kilka guzików koszuli pod szyją. O wiele lepiej reprezentował naszą gałąź rodziny, a tym bardziej ród Traversów, który przecież i tak mnie nie uznawał. Tak w większości jego członków.
- A co? Macie tutaj papierki i dużo bankowości? - rzuciłem sam zaczepnie, nieco się rozluźniając. Na chwilę. Na ten krótki moment. Słuchałem uważnie tych informacji, którymi właśnie się ze mną dzielił. Mnie samego dopadła irytacja, gdy wspomniał o próbach kradzieży i potencjalnych sprawcach. Najgorszych z najgorszych, ludzi.
- Mogę się tym zająć. Można by było pomyśleć od razu o jakichś ukrytych pułapkach, dołach, tak wiesz, żeby mieli nauczkę. Jedna noc z robactwem lub w smoczych odchodach mogłaby wspomóc proces myślenia - zauważyłem po chwili i przystanąłem za nim, zerkając na ubrudzone stworzenie. Mimowolnie nie mogłem powstrzymać nikłego uśmiechu. Od zawsze czułem się związany ze smokami, więc tym chętniej teraz słuchałem tego, co mówił Rhys.
- Możemy zająć się najpierw nim - widząc jak zaczepia siostrę, mimowolnie z mojego gardła wyrwało się krótkie mruknięcie, które smoczek zdawał się zarejestrować, bo uniósł łeb, zostawiając w spokoju skrzydło swojego rodzeństwa. Zerknąłem kątem oka Rhysa i skupiłem się na ściągnięciu swojej szaty.
- Można to gdzieś zostawić? - rzuciłem do niego, po czym wziąłem się do roboty. Przy kwestiach związanych z wodą przygotowałem różdżkę i zadbałem o wiadra o których wspomniał. W trakcie krótkiej przerwy, postanowiłem wreszcie nawiązać do tego, co przewinęło się wcześniej. Do mojej wersji.
- Nie czuję się najlepiej. Zupełnie jakbym wariował. Tracił nad sobą kontrolę. Miotam się od skrytki do skrytki. Nie umiem się znieść. Nie umiem znieść swojej zaborczości. Pękam jak liche szkło wykonane nieudolnymi rękoma pierwszego lepszego stażysty z Hogsmeade - wyznałem, choć czułem się tak, jakby głos ugrzązł mi w gardle. Podwinąłem rękawy koszuli i znowu przejechałem dłonią po swojej czuprynie.
- Ale nie ma o czym mówić - dodałem lekko, jakby to nie było nic takiego. To było przecież takie niedorzeczne i teraz jeszcze to moje mówienie. Takie... - Od czego u niego zaczynamy, kuzynie?


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 09-23-2020

Nie starał się powstrzymać. Kiedy tylko kuzyn zdradził mu, że oberwał zaczarowaną ścierką, Rhys parsknął cicho.
- Nie spodziewałem się głaskania po głowie. Dzień bez reprymendy dniem straconym. - Przyznał na głos, a chociaż słowa te nieszczególnie napawały nadzieją, że w ich babce kryje się chociażby najmniejszy okruch człowieczeństwa, wspominał to jakby z pewnym rozrzewnieniem. Niezależnie od tego jak często zmywała mu głowę za nieuwagę, czy kazała przerzucać worki z piaskiem za spóźnienie, Rhys był przywiązany do Thelmy i to w sposób, w który nigdy nie był związany z rodziną teoretycznie mu bliższą. To, że budował upośledzone relacje społeczne to była norma, ale nigdy nie był masochistą… a przynajmniej tak sądził, czemu zapewne cudownie przeczyła siateczka blizn pokrywająca gęsto jego ciało. W każdym razie nawet nie zastanawiał się nigdy, jak odczuwa to Abel, który też z ich babunią miał wiele wspólnego czy tego chciał, czy nie. Dlatego też, póki co nie potrafił wczuć się w jego sytuację, zwłaszcza że nie zdradził mu on przecież zbyt wiele. Rhys był bardzo ciekawy cudzych dramatów, ale akurat w jego przypadku nie zamierzał drążyć i wiercić mu dziury w brzuchu. Przynajmniej nie od razu.
- Pewnie mamy, ale widzisz, prostych organizmów do takich rzeczy nie dopuszczają. - Odpowiedział na jego żarcik, nie kryjąc uśmiechu, który zabłąkał się na dobre na jego twarzy. Niesamowita to była przemiana w porównaniu do tego wspaniałego focha, jakiego zaprezentował współpracownikom. Przy okazji okazało się również, że Rhys potrafi być skromny, o ile tylko wystarczająco się postara. No proszę, o to nawet sam się nie podejrzewał.
- Podoba mi się. Opracujesz plan, a ja pokopię dziury w ziemi? - Zapytał, godząc się bez najmniejszego jęku z takim podziałem ról. Dla niego nadwyrężanie własnego ciała nie było niczym więcej jak relaksem i to najwspanialszą jego odmianą. Kiedy nie miało się siły wstać z łóżka to i przy okazji nie ciągnęło umysłu do absurdalnych analiz cudzych charakterów, czy też zdarzeń przeszłych, z których nie wynikało nic poza szkodami dla cierpliwości.
Uśmiech Abla był milszym dodatkiem do jego osoby od tego niewyraźnego czegoś, co to mu prezentował wcześniej, a skoro aktywował się przy smokach, to zawsze istniała nadzieja, że może jednak nie zrobił mu krzywdy tą kąpielą? Nawet jeżeli wyjdzie poharatany, to sprawi mu to przyjemność. A może to Rhys zanadto wierzył w terapeutyczne działanie tych ogromnych gadów? To się zaraz okaże.
- Jasne - odpowiedział, biorąc od niego szatę, ale nie szukał nawet żadnego miejsca, w którym mógłby ją ukryć, aby nie narazić jej na przypalenie. W razie czego kupi mu nową. Przewiesił więc szatę Abla przez ogrodzenie, niedaleko małego smoczątka, które widząc zbliżających się do niego ludzi, najwidoczniej nie spodziewało się jeszcze kąpieli. Kiedy jednak już zmiarkowało, co go czeka, bardzo ciężko było maleństwo utrzymać w miejscu, ale tego już Travers się spodziewał. Złapał smoka za miejsce pomiędzy skrzydłami, unieruchamiając go, aby móc manewrować jego ciałkiem w taki sposób, aby nieco pomóc w kąpaniu go, jednocześnie obserwując uważnie ostre zębiska maleństwa. Starczyło już ofiar jego niechlujności, niechże chociaż on wyjdzie z tego spotkania ze wszystkimi palcami w jednym kawałku. Wtedy też popatrzył na kuzyna dłużej, przypadkowo pozwalając, aby młody podrapał go po nadgarstku podczas krótkiego wierzgnięcia. Puścił go, bardziej odruchowo, aniżeli specjalnie. Właśnie… miał przystrzyc mu pazury. Rhys nie był zbyt dobry w udzielaniu rad. Ludzka emocjonalność nie tylko była dla niego zagadką, a jednocześnie stanowiła element, który uważał za całkowicie zbędny. Gdyby nie on, każdemu żyłoby się przecież o wiele prościej i przyjemniej, a tak to te beznadziejne uczucia… brr. Wszystko psuły i gmatwały. Przez chwilę milczał, pozwalając Ablowi na podjęcie próby zmiany tematu. Co jednak padło, niemożliwe było do cofnięcia. Nie potrafiłby tego zignorować. Nie, gdy w grę wchodziła rodzina.
- Oblej go wodą, a potem namydl delikatnie przy pomocy szczotki. Uważaj na ten żel do mycia, strasznie śmierdzi, ale genialnie wpływa na łuski. Możesz wziąć rękawiczki. Spróbuj nie zamydlić mu nosa, bo będzie gryzł bardziej, niż zwykle. - Udzielił wskazówek, łapiąc ponownie stworzonko, aby nie utrudniało bardziej, niż było to absolutnie konieczne. - Może czas na nowe hobby. Coś, co wciągnie cię bez reszty i pomoże się skupić. - Dodał po chwili, gdy już wydawać się mogło, że jednak zmienił zdanie i zgodnie z zaleceniem kuzyna uzna, iż faktycznie nie ma o czym mówić. Spróbował, a to już było naprawdę wiele jak na jego ograniczone umiejętności socjalne.
- Widzisz, słabo mi idzie z ogarnianiem własnych emocji, ale to zwykle na mnie działa. Przychodzę tutaj, kąpię tego małego złośliwca i wtedy jest mi trochę lepiej, bo wiem, że jak przyjdę tu jutro, to on będzie już czekał, aż odkroję mu jego kawałek mięsa. Chociaż ugryzie mnie podczas obcinania pazurów, później trąci mnie przepraszająco łbem w ramię. To jest coś, co pomaga mi się zbić w całość. Inni grają na harfie, czy tam podziwiają gwiazdy. Zrób coś dla siebie, Abel.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Abel Attaway - 09-28-2020

- Niczego innego nawet nie oczekiwałem - wyznałem, krótko kaszląc. Doskonale wiedziałem, że nasza babka była charakterna i nie podchodząca do ludzi jak do kruchych cukrowych figurek, które w każdej chwili mogą ulec zniszczeniu. Po śmierci rodziców, a potem Arthura to dzięki niej byłem w stanie się podnieść silniejszy. Była jedyną bliską rodziną, która mi pozostała i której zależało. Z Rhysem zaś nic o sobie nie wiedzieliśmy, jak przystało na standardowe kuzynostwo, choć doceniałem jego obecność. W przeszłości potrafiłem czuć się z nim lepiej niż z Arthurem, z którym ciężej było znaleźć mi wspólny język.
- Doprawdy? W Gringottcie nie ma z tym, aż takich problemów - zauważyłem zuchwale, pijąc trochę do siebie, ale przede wszystkim do stażystów i niektórych kompletnie zielonych w takich tematach goblinów. Jeden szpiczasty nos myje drugi. Z każdym słowem okazywało się, że byliśmy bliżej siebie niż dalej jak początkowo sądziłem. Wśród nieprzystępnych twarzy dobrze było znaleźć choć jedną, która nie patrzyła na ciebie jak na intruza.
- Kopanie mi nie przeszkadza, możemy to zrobić wspólnie. Odświeży mi to wspomnienia z wykopalisk - wysiłek fizyczny nie sprawiał mi żadnych problemów, w banku również miałem z tym do czynienia. I to niejednokrotnie. Taki już to bywał urok pracowników fizycznych o zacięciu do łamania klątw. Zresztą, sam pchałem się w sidła nokturnowskich zaułków, popsutych przejść i brudnych kryjówek. Pięść do pięści. Różdżka na różdżkę.
Jak mógłbym odmówić smokom?
Zanim powiedziałem, że nie musiał się kłopotać, zabrał ode mnie szatę i ją powiesił na płocie. Powstrzymałem się przed uniesieniem brwi, stwierdzając, że lepiej będzie poświęcić całą uwagę smoczemu dziecku. Ubranie powinno wytrzymać, poza tym miałem jeszcze kilka sztuk w mieszkaniu. Nie spuszczałem oczu ze stworzenia, zastanawiając się, co by się stało, gdybym do niego przemówił. Odpowiedziałoby? Wyczerpałoby to moje siły? Przyglądałem się technice Rhysa, jego trzymaniu skrzydeł, reagowaniem w porę na pazury i zęby.
- Uwa.. - nieostrożność kosztowała go zranieniem - ...żaj. Przecież wiesz, że nawet przy takim maluchach trzeba mieć oczy dookoła głowy.
Zostawiłem tymczasowo napomknięte mu rzeczy, zalążek problemów, buzujących w żyłach. Sam nie uważałem się za emocjonalnego, wyczulonego na bicie serca. Do czasu, dopóki nie zacząłem być z tego powodu wręcz chory. Wystarczyło tak niewiele! Odrobinę, tyle co nic. Nie miałem jak przed tym uciec, tonąc coraz bardziej, dusząc się własną mgłą neutralności. Czy to nadal była neutralność? Obojętność? Nie czekałem na rady, na pocieszenie, prędzej na odpowiedzi i pozbycie się tego ciężaru. Potrzebowałem ucieczki. Smoczątko wydało z siebie krótki niezadowolony dźwięk, obwieszczający, że nie podoba mu się obecna sytuacja.
- Gdybyś tylko zdawał sobie, co ludzie trzymają w skrytkach... i co kryje się w kryptach - wymamrotałem, przewracając sugestywnie oczami, jakby z rozbawienia, ale mięśnie twarzy były napięte. I zapamiętywałem każdą rzecz. To, co miałem zrobić. Przygotowałem różdżkę by sobie wspomóc w trakcie całej akcji. Mały smok nie był zadowolony, tym razem spodziewał się, że Rhys będzie próbował coś kombinować i ugryzł go lekko, ale ostrzegawczo w dłoń, wydając z siebie zbieraninę pomruków. Ja w tym czasie wykorzystałem okazję i oblałem go wodą z wiaderkiem, szybko sięgając po szczotkę. Starałem się uważać z żelem, ale się nie udało. Trochę poleciało też na mnie.
- Ych - stęknąłem, marszcząc z obrzydzeniem nos, ale szybko przeszedłem do mycia. Bez rękawiczek, bo ugryzienia i drapanie mi nie przeszkadzało. Kwestia przyzwyczajenia. Smoczek zaczął wierzgać jeszcze bardziej, ogonem smagając nogi Rhysa. Gardłowo charknąłem, ostrzegawczo, nie formułując żadnego konkretnego zdania, ale starałem się dotrzeć do stworzenia w ten pierwotny sposób, który również był istotny u smoków. Nie spuszczałem go z oczu. Smok zamarł i odpowiedział w podobny sposób. Przez chwilę powinien być spokój. Teraz mogłem szorować mu łuski porządniej bez ryzyka, że szczota natrafi na głowę kuzyna.
- Próbuję, ale nie jest łatwo. Tworzę miotły, takie miniaturowe modele, trochę działam w... sporcie - no byłem przecież blisko prawdy, a zrobiona przerwa w mówieniu była spowodowana tym, że próbowałem sięgnąć teraz łusek będących najdalej. - I wiesz, to pomagało. Wcześniej. Na przykład przy... Arthurze.
Kolejna przerwa, nadszedł czas na ogon, smoczątko znowu zaczęło się wiercić, najwyraźniej nie mogąc znieść tej bezczynności.
- Ale tym razem jest inaczej. Nie mogę normalnie spać, rozumiesz? Nawet jedzenie bywa kłopotliwe. Staję się drażliwy i ciągle myślę. Dużo myślę. Za dużo - wyszorowałem jeszcze boki, a potem szczotka została mi wytrącana przez długi ogon stworzenia, które stwierdziło, że koniec tego dobrego i ugryzło mnie w dłoń. Nawet się nie skrzywiłem. Chyba zasłużyłem, bo trochę piany było na jego nosie.
- O kimś - dodałem wreszcie, stwierdzając, że nie mogę wszystkiego trzymać w sobie. Za dużo. I tak miałem tam za duży bałagan. - No już, maluchu, puszczaj.
Poruszyłem uwięzioną dłonią na boki i znowu charknąłem gardłowo. Różdżki wolałem nie używać, mogłoby to przecież mu zaszkodzić.
- Naak!* - smoczątko wyraźnie przemówiło, a ja zamrugałem kilka razy pod rząd.
- Jest głodny.



*Jeść!


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 10-11-2020

Nie odpowiedział od razu, pozwalając sobie na milczące folgowanie wyobraźni. Ludzie byli wyłącznie ludźmi. Ich życie usiane było przecież błędami, na których tak uparcie budowali własną przyszłość, miast burzyć te wadliwe podwaliny i tworzyć z nich coś wartościowego. Cóż więc mogli trzymać w miejscu teoretycznie niedostępnym dla innych?
- Czarnomagiczne artefakty i niewolnice-dziewice? - Rzucił wreszcie, nawet nie udając, że był w tych słowach jakkolwiek poważny. Czując napięcie kuzyna spróbował mu ulżyć chociaż w ten prosty sposób. Głupawa rozmowa nie była tym, w czym Rhys uczestniczył częściej, niż przewidywała to ustawa, lecz dla niego rodzina - nawet dalsza - była jednym z najistotniejszych elementów jego istnienia. Nie czuł się jednak zobligowany do tego, aby przepytywać go ze wszystkiego. Nie był mistrzem pocieszania. Śmiało można było stwierdzać, że raczej wprost przeciwnie i o wiele lepiej wychodziło mu wpychanie ludzi pod pociąg. Pewnie dlatego był aż tak skupiony na mozolnym utrzymywaniu smoka w miejscu. Kiedy nie wiesz jak się zachować, znajdź chociaż zajęcie dla ciała i zajmij ręce. Nie przejmował się krwią barwiącą mu nadgarstek. Nie martwił się ogonem chlaszczącym go mocno po udach. Nawykł do siniaków, przywykł do bólu oraz pieczenia towarzyszącemu oparzeniom. Znał na pamięć szerokość, na jaką smok w jego wieku potrafi rozszerzyć paszczę i wiedział kiedy powinien zabrać rękę, a kiedy może dać się dziabnąć. W królestwie zwierząt właśnie tak budował hierarchię. Dopiero kiedy pojawiał się zbyt duży ból, można było wątpić w jej skuteczność, a jednak w dalszym ciągu był tutaj. Był i gładził leniwie gadzi łeb przy pomocy kciuka. Pamiętał, że kiedy był młodszy, to tej sztuczki uczyła go jedna z ciotek. Niejednokrotnie już zdołał się przekonać, że nawet jeżeli nie uspokoi ona zdenerwowanego smoka, to on to zapamięta. Odbierze jako oznakę przyjaźni. „Przykro mi, maleńki, zaraz cię wypuścimy”. Abel zaprezentował nieco inną technikę, ale jak się okazało również skuteczną i to na tyle, że urwis wreszcie dał się porządnie namydlić. Zmarszczył nos niemalże natychmiast. Nigdy nie miał przyzwyczaić się do tego odoru. Nie dziwota, że smoki wolały po prostu pakować się wprost do jeziora i odmywać skrzydła pod wodospadami. Nabrawszy trochę piany na palce, przemywał sterczące uszy gada, kiedy kuzyn powrócił do rozmowy. Nie przerywał mu, dawał czas na ubranie tego wszystkiego w słowa, jednocześnie udaremniając kolejną próbę chapsnięcia go w palce. Nacisnął miejsca po obu stronach smoczej szczęki, zmuszając go do rozwarcia kłów. Z pełną premedytacją, świadom jak niekomfortowe to dla niego będzie.
„Nie zadzieraj ze mną, młody”.
- Kochasz? - Padło z ust Rhysa, nim zastanowił się, czy to pytanie w ogóle będzie na miejscu. Nie owijał w bawełnę, a przynajmniej nie za często. Dodatkowo fakt, że on zupełnie tego uczucia nie znał i nie pojmował, niczego nie ułatwiał. Jedynie słyszał o nim od osób postronnych, a to co już wiedział, zupełnie zniechęcało go do całego tego procesu poznawczego. Nie jesz, nie śpisz i wiecznie chodzisz udręczony. Co to za przyjemność?
- Zawsze myśl tylko o sobie. - Powiedział i uchwycił w przelocie jego spojrzenie. Wypłukał dłonie w balii ze świeżą wodą, następnie strzepując je i wycierając o własną szatę.  - Zaspał na śniadanie. - Wyjaśnił jednocześnie, unosząc z odrobiną dezaprobaty brew, gdy dostrzegł, jak smok uparcie trzyma dłoń kuzyna w potrzasku. Rhys zamruczał gardłowo, wykonawszy ruch głową w bok, jak gdyby kiwał do niego, aby za nim poszedł. Nie trzeba było mu powtarzać dwa razy.
Jedzenie zawsze było najmocniejszym argumentem. Kiedy rzucił mu pierwszy kawałek tłustego mięsa, kąpiel była już wybaczona.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Abel Attaway - 10-13-2020

Zaśmiałem się krótko na tę nieoczekiwaną odpowiedź. Kto by się spodziewał, że miał taką luźniejszą, skłonną do żartowania stronę? Niby nie było to nic takiego, ale trafiało to jakoś w moje niezrozumiałe, nieoczywiste gusta.
- Oczywiście - odpowiedziałem z udawaną powagą, jakbym właśnie miał wygłosić przemówienie przed swoim szefostwem, ale zaraz potem wszystko zepsułem drobnym uśmiechem. - A tak na poważnie to mnóstwo, ale to mnóstwo śmieci. Popsutych przedmiotów obdarzonych magią, zestawy do spełnienia sado-masochistycznych zachcianek, a nawet repliki mugolskich narzędzi tortur. Oczywiście magicznie poprawionych. Ale tak w większości to dużo pierdół.
Sam zastanawiałem się skąd wyniknęło to zbliżenie, otwartość kuzyna, która do tej pory jakoś mi umknęła. Chyba też wcześniej nie było okazji by porozmawiać dłużej niż kilka minut. Babcia Thelma zrobiła to specjalnie? Skupienie się na smokach, słowa, które mimowolnie opuszczały moje słowa i niepewna pogoda, która zdawała się zmierzać ku burzy, dawały nieoczekiwane rezultaty. Coś we mnie pękało, ewoluowało, ale jeszcze nie wiem w co i jak. Obserwując Rhysa pomyślałem, że to dla niego norma, zwyczajność. Smoki. Jego wiedza wyciągnięta z praktyki wydawała się być o kilka poziomów wyżej od tego, co zdobywałem z książek na temat tych nieokiełznanych stworzeń. Stworzeń, które były przecież tak mocno powiązane z moją matką i jej rodem. Teraz, stając oko w oko z smoczkiem, informacje do mnie wracały w niewielkiej ilości. Te podstawy oswajania, które udało mi się opanować. Znałem gatunek, prostą charakterystykę, ale zapisy w woluminach w większości dotyczyły dorosłych osobników i ich możliwości. Kiedy tak zajmowaliśmy się nim oboje, przyszło mi do głowy, że było w tym rzeczywiście coś uspokajającego, satysfakcjonującego. Tego potrzebowałem, zwłaszcza teraz. Przyglądałem się tej sztuczce, od razu zapamiętując ułożenie kłów u tak młodego osobnika. Tak mnie to zajęło, że nie zorientowałem się, gdy bezwolnie poddałem się temu krótkiemu pytaniu.
- Kocham... - zacząłem, gdy nagle zorientowałem się, co robię i co Rhys właściwie do mnie powiedział. Zamrugałem nerwowo powiekami, poczułem jak nagle robi mi się nieznośnie ciepło na twarzy, to pewnie wina tego wysiłku fizycznego i smoka oczywiście, i zacząłem kaszleć. - Smoki. Tak. Ale, hm, czy ogólnie? O to chodzi? Cóż, wiesz, to zabawna rzecz, Rhys.
Zatrzymałem się na chwilę, wciąż mierząc się z tymi słowami, jakby to była jedna z tych walk na Nokturnie do której właśnie stanąłem. Ja a naprzeciw mnie właśnie kochanie kogoś. Kogoś bardzo konkretnego, z twarzą, która nie dawała mi spokoju, z rozchylonymi wargami, zupełnie jakby mnie prosiły, wymawiały zaklęcie, miały zdradzić recepturę na eliksir nieśmiertelności. Polałem go jeszcze wodą by pozbyć się resztek piany.
- Nie wiem. Nigdy nikogo nie kochałem - wyznałem wreszcie, ciężko wzdychając i przełykając powoli ślinę. Szare oczy się wahały, bo to było trudniejsze od wszystkiego, co znałem. Od klątw, od codzienności, od zwykłych, łatwo urywających się kontaktów. Od moich byłych wiedźm. Nie było w tym arogancji. - A ty?
Palnąłem przy okazji, skoro już poruszył ten temat, mimowolnie ciekawy jego odpowiedzi.
- Dzieci takie są - odparłem i zadrżały mi wargi z rozbawienia, na reakcje smoczka, który teraz starał się przyciągać naszą uwagę i wystrzelił z nozdrzy trochę dymu z iskrami. - Chociaż smokom byłbym w stanie wybaczyć więcej niż dzieciom.
Ponownie skupiłem się na tym, co robił mój kuzyn, analizując wykonywane czynności i zastanawiając się, czy powinienem może wspomnieć o swoich zdolnościach. Czy mogłem otworzyć się przed nim jeszcze bardziej. Wstrzymałem się. Smok uwolnił moją dłoń i jak zahipnotyzowany ruszył za Rhysem, podskakując w miejscu i unosząc się, poruszając kilka sekund jeszcze nierozwiniętymi do końca skrzydłami. Pochwycił rzucony kawałek od razu, wydając z siebie zadowolony pomruk. Ja w tym czasie obmyłem dłonie, pozbyłem się też śmierdzącego żelu. Po wszystkim i tak wydawało mi się, że nadal nim śmierdzę. Skorzystałem z nadlatującego ręcznika.
- Ile ma? - spytałem z zaciekawieniem. - Tak w ogóle, korzystając z okazji, powiedziałbyś mi coś więcej o tym miejscu? Rezerwacie? Od babci Thelmy ciężko dowiedzieć się czegoś konkretniejszego. Sam wiesz jak jest.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 10-20-2020

Słysząc, że kuzyn nie stracił jeszcze zdolności do śmiania się, nieco się rozluźnił. Nie zdawał sobie dotąd sprawy, jak wielką nosi w sobie potrzebę, aby podnosić go ukradkiem na duchu. Starczyła drobna przysługa, czy też pozytywne słowo, a Rhysowe sumienie zdawało się wyciszać i na nowo pozwalało mu żyć jego własnym życiem oraz popełniać normalne, ludzkie błędy.
Słuchając o zawartości skrytek, nie zdołał powstrzymać głupawego uśmiechu cisnącego mu się na usta.
- Czemu nie dziwi mnie ten fragment o sado-maso? - Zapytał retorycznie i sięgnął po nasączony eliksirem oczyszczającym patyczek, którym spróbował sięgnąć do smoczego oka. Nie wyszło mu to ani trochę. Smoczątko zarzuciło łbem i pogroziło zębami. Czyszczenia oczu też nie lubił, zero zaskoczenia.
- Ludzie kochają zbierać. Jeśli jeszcze w to wątpisz, to chyba nie widziałeś mojej szafy. - Podzielił się swoją „tajemnicą”, o której dobrze wiedziała cała rodzina, ale zaraz coś innego wpadło mu do głowy. Zmienił temat z prędkością błyskawicy. - Mam tylko nadzieję, że nie znalazłeś żadnych smoczych jaj? - Zapytał, nagle o wiele poważniejszy i jakby zmartwiony, że usłyszy odpowiedź twierdzącą. Nieautoryzowani hodowcy smoków byli utrapieniem całej społeczności czarodziejów i to nie od dzisiaj. Najgorzej, że przez swoje kaprysy zagrażali nie tylko sobie samym, ale także w dużej mierze swoim sąsiadom i rodzinie, bądź - jak w przypadku skrytek - także tym niewprawionym pracownikom, którzy nie zapuszczali się na piętra chronione przy pomocy gadów. Nie każdy musiał umieć się z nimi obchodzić, Rhys wiedział o tym aż za dobrze.
Zabawnie słuchało się, jak Abel plącze się we własnych zeznaniach. Travers otwarcie uniósł ku górze jedną z brwi i uśmiechnął się wymownie. Wypieki na twarzy kuzyna mówiły same za siebie, aczkolwiek mimo to, odpuścił mu to i nie wyduszał z niego na siłę ciągu dalszego. Nie podpowiadał też nic i zdaje się, że to właśnie się opłaciło. Kłopot tylko w tym, że wraz z wyznaniem, padło też dość osobiste pytanie. Na szczęście, akurat on nie musiał zastanawiać się nad odpowiedzią.
- Nie - odparł bez chwili wahania, okraszając za to te słowa niezobowiązującym i zagadkowym uśmiechem. W towarzystwie Rhysa czasami trzeba było głębiej zastanowić się nad znaczeniami tych półsłówek i półuśmiechów. Rozmowa z nim niekiedy zakrawała na prawdziwe odcyfrowywanie tajnego kodu, lecz dziś zdawał się być bardziej otwarty, niż to było zazwyczaj. Nie zmieniało to jednak faktu, że trzeba było dłużej przyjrzeć się jego twarzy, aby wyczuć, iż tym uśmiechem maskuje zwyczajną niepewność. Wcale nie czuł się lepszy z tego powodu, chociaż przed innymi prezentował zupełnie odmienną postawę.
- Dlaczego nie zostałeś tutaj, Abel? Tak naprawdę? - Zapytał, kiedy uświadomił sobie, że tak naprawdę noszą w sobie podobną wrażliwość względem smoczych dzieci. Zabawne, że wyczuwał to tak silnie dopiero teraz, w końcu znali się prawie całe swoje życie. Trudno było w tej parze szukać winnego tej sytuacji, po prostu zanadto byli zajęci swoimi własnymi życiami, aby śledzić także cudze.
Karmienie trochę rozsupłało wrzący strumień jego myśli. Tnąc zaklęciem mięso na mniejsze kawałki, kalkulował w pamięci liczbę porcji, na jaką zasłużył smoczek, a jednocześnie łamał sobie głowę nad tym, co mógłbym odpowiedzieć na takie pytanie o rezerwat.
- Niecały rok - zaczął, bo pytanie o wiek akurat było banalne. - Jeszcze uczy się latać. Myślę, że do grudnia będzie już radził sobie samodzielnie. - Uzupełnił, rzucając w przestrzeń ostatni kawałek. W powietrzu kłapnęły szczęki, a kiedy Rhys zamaczał dłonie w balii, smok spróbował wydębić jeszcze trochę, trącając go łbem w łydki. Jak przystało na nieugiętego opiekuna, posłał podopiecznemu karcące spojrzenie, przepełnione bardzo prywatną czułością.
- Akurat tę cechę chyba ze sobą dzielimy. - Odpowiedział wreszcie, zerkając na Abla ze szczerością w spojrzeniu. Widać było, że był to żart wyłącznie po iskierce rozbawienia, która jednocześnie w nie wstąpiła. - Pytaj konkretnie, to ci odpowiem, bo ja mógłbym zreferować ci, jak dużo smoczego łajna zbieramy każdego dnia z każdej zagrody, ale to chyba cię nie interesuje.
Wycierając dłonie, zabezpieczył ponownie wybieg i sięgnął po nienaruszoną szatę Abla pozostającą na płocie. Podając mu ją, kiwnął głową w kierunku dalszej części rezerwatu.
- Ogrodzenie? - Zapytał, nie wiedząc, czy swoją obecnością nie będzie wyłącznie przeszkadzał mu w pracy, zamiast pomagać.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Abel Attaway - 10-31-2020

Zdolność pozostawała, choć w ostatnich dniach było mi szczególnie ciężko znaleźć okazje do śmiania się. W głowie wciąż powstawały wybuchy, nieoczekiwane skutki unoszącego się nade mną napięcia. Z trudem szła mi ochrona, wykorzystywanie dotychczasowej wiedzy, sposobu funkcjonowania, który tak dobrze mi był znany. Uniki, obojętność, zaprojektowany fałszywy bajerant. Zrelaksowany łamacz, żądny przygód, zanurzony w tajemnicach. Dopadło mnie, potajemnie, ta ironia losu, gorsza od palących w palce listów Ruth. Od nieprzyjaznych twarzy rodu Travers i tych, którzy zdawali sobie sprawę z tej krwistej omyłki jaką popełniła Melusine. Po tym wszystkim, świadomość, że w najbliższym otoczeniu był ktoś na kim mogłem choć trochę polegać uspokajała. Nie mogłem przecież za każdym razem iść do jednej, tej jedynej osoby, zwłaszcza, gdy to o nią chodziło. I w tym tkwił największy szkopuł.
- A to nie wiem. Pewnie po prostu w takich chwilach masz w głowie podania o smokach i o ich fetyszu gromadzenia skarbów, kto tam wie - dodałem jeszcze, unosząc lewy kącik wyżej, wzrokiem obejmując najbliższą okolicę. Zapamiętując nawet najdrobniejsze szczegóły, jakbym zaraz miał o nich zapomnieć. - W sumie czy to nie odnosi się też do samych Traversów?
Byłem ciekaw na ile mogłem sobie przy nim pozwolić, zanim postanowi mnie zbesztać lub poprawić. Ludzie to ludzie, ale w przypadku takich smoków czy rodu do którego przynależała moja matka i dziadkowie... to dopiero było! Zawsze fascynowała mnie historia magii, rozmaite podania, wierzenia, do których można było się odnosić. Szare oczy z łatwością wracały do smoczątka, który doskonale wiedział jak przyciągać uwagę swoich opiekunów. Nawet na moment nie dawał się im nudzić.
- No i mamy odpowiedź - rzuciłem szczerze rozbawiony. Bez trudu potrafiłem sobie to wyobrazić, lecz cóż to była za zabawna kwestia z tym zbieractwem. Sam to bardziej kolekcjonowałem siniaki i pozornie, mało znaczące gadżety. - Pomóc ci...?
Tak jeszcze dorzuciłem, widząc że smoczy dzieciuch był wyjątkowo uparty i Rhys nie miał z nim łatwej zabawy, a jednak te ślepia wypadałoby mu jakoś wyczyścić. Oczywistym było, że z dorosłym osobnikiem takie akrobacje to absolutnie by nie przeszły, a na pewno nie bez zaangażowania całej grupy opiekunów.
- Nie no, co ty - zapewniłem bez zająknięcia, nie do końca kłamiąc. Nawet jeśli ktoś był tak nieodpowiedzialny, że jakieś trzymał w skrytce, to raczej były porządnie schowane i zabezpieczone. No i gobliny zdawały sobie z nich sprawę. Nic nie miało prawa im umknąć. Ja zaś wolałem się nad tym nie zastanawiać, bo i tak wyjątkowe trudności miewałem ze snem i bez tego. W każdym razie, wątpliwym było by te sknery dopuszczały mnie do skrytek, zawierającym aż takie skarby. Przez te wszystkie lata, poznałem pracowników Gringotta aż za dobrze.
Ale wracając do głównego wątku, który poniekąd mnie doprowadził właśnie tutaj i teraz był sporadycznie poruszany przez Rhysa...
- I tak się zdarza - choć odnosiłem nieodparte wrażenie, że coś ukrywał i w tych słowach czaiło się drugie dno, no ale, czy sam nie unikałem udzielenia mu pełnej odpowiedzi? Miotałem się w swoich myślach i uczuciach gorzej niż w pajęczynie akromantuli. Nie chciałem stosować na nim łamania klątw, bo o łamaniu pieczęci nie było co mówić. Przyglądałem się nieco dłużej w tej ciszy, rejestrując najmniejsze sygnały. Rozumiałem go. Rozumiałem tę niepewność, bo sam ją czułem. Serce uderzało nerwowo o żebra. Bum bum. Bum bum. Bum bum. Cień przemknął przez moją twarz, którą natychmiastowo zwróciłem w inną stronę, prezentując mu bardziej swoje plecy.
- Nie mogłem. Ciągnie mnie do tajemnic... do skarbów - wyjaśniłem, choć nie było to wszystko. O nie. Pamiętałem dziadka i wzrok tamtych krewnych. W głowie miałem również Arthura, wracał do mnie ostatnio częściej. Westchnąłem ciężko. - Doba jest krótka, a pieniądze same się nie zarobią, nie?
Mimo wszystko dzieliła nas pewna przepaść, niezależnie od tego jak bardzo mogliśmy być ze sobą związani. Pamiętałem zdziwienie Ramseya, gdy obwieściłem mu, co będę robił, gdzie konkretnie się wybieram, zanim nasze drogi się rozeszły. Każdy z nas poszedł swoją ścieżką. Ścisnęło mnie w żołądku. Przetrzymałem dłużej ręcznik, zwracając się ponownie w ich kierunku. Kierunku Rhysa i podskakującego z podekscytowania smoczka. Wydawał z siebie niezrozumiałe dźwięki, a dym pełen iskier wylatywał z jego nozdrzy.
- Uważaj byś się nie zapalił - powiedziałem do kuzyna ze śmiechem, zbliżając się do nich i odpinając dwa górne guziki beżowej koszuli. Było tu wyjątkowo ciepło.
- Sądziłem, że ma już tak z dwa. Dobrze sobie radzi - zauważyłem, przyglądając się jak pałaszuje dorodny kawałek mięsa. Znikał błyskawicznie w smoczych szczękach. Niezadowolone pomruki smoczątka były uzupełnione wyjątkowo uciążliwymi naciskami jego łba i ogona.
- Kto by pomyślał - udałem niezadowolenie, ale błyski w szarych oczach pewnie mnie zdradzały. Odwzajemniłem się. - No coś ty, takie statystyki są równie ważne. Ale tak serio to po prostu chciałbym się dowiedzieć więcej o specyfice tego miejsca. Iloma smokami się obecnie się zajmujecie, ile jest opiekunów, jakie są największe trudności i tym podobne.
Przyjrzałem się jeszcze maluchowi, który po porządnym obiedzie, postanowił udać się na krótki wypoczynek w kącie wybiegu.
- I czy nadajecie im jakieś imiona - nieco rozczochraną głową wskazałem na smoczka by Rhys dokładnie wiedział, o co mi chodzi. Z krótkim podziękowaniem przyjąłem od niego swoją szatę, którą natychmiastowo nałożyłem na grzbiet. Należało ruszać dalej, choć po takich atrakcjach nie było to wcale takie łatwe.
- Ogrodzenie - powiedziałem wreszcie z mimowolnym westchnięciem. Sprawdziłem czy wszystko miałem przy sobie. - Macie jakąś mapę rezerwatu albo projekt ogrodzenia? Wystarczy też pergamin, choć zajmie to nieco więcej czasu, zanim wszystko sobie rozplanuję.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 11-06-2020

Machnął wyłącznie dłonią na bunt smoczątka. Nie to nie, nic na siłę. Akurat do takich kwestii Travers podchodził z pewnym luzem, który wynikał z doświadczenia. Zabrudzone oko prędzej, bądź później zostanie doprowadzone do porządku, zwłaszcza gdy okaże się, że w zamian można otrzymać kawałek krwistego steku. I rzeczywiście, kiedy stworzenie zaczęło tulić się do jego łydki, aby wymusić kolejną porcję, wystarczyło, aby Rhys uniósł patyczek by smok znieruchomiał i pozwolił dotknąć pyska. Żaden z nich nie da sobie tutaj krzywdy zrobić.
- Czy wtedy właśnie czujesz się wolny? - Zapytał niespodziewanie, nie patrząc na Abla i całą uwagę skupiając właśnie na tym smoczym niedorostku. Dotykając jego łusek, przesunął palcami po jego grzbiecie jakby z pewną melancholią. Potem zamachał przed jego pyskiem długim plastrem wołowiny i spróbował przytrzymać go w dłoniach jak najdłużej, aby posiłować się chwilę ze zwierzęciem. Wypracowanie siły w szczękach było w przypadku tego gatunku wyjątkowo ważne. Tymczasem Rhysowi pozwalało chociaż na moment odizolować się od nieprzyjemnego poczucia przytłoczenia, które odczuł na myśl o pozostawaniu w rezerwacie. Jeżeli kiedykolwiek coś w swoim życiu kochał to z pewnością tę pracę. Nie mógł jednak oprzeć się wrażeniu, że o wiele lepiej wyszedłby na tym, gdyby mógł zajmować się gadzimi dziećmi jako członek innej rodziny. Mniej znamienitej, mniej… apodyktycznej i posiadającej dokładną rozpiskę wszystkich wolnych godzin swojego potomka. To właśnie tego najbardziej brakowało mu przez całe jego życie i nie potrafił do tego przywyknąć, niezależnie od tego jak bardzo starał się zmusić psychikę do współpracy. Nad jego głową zawisły ciemne chmury, więc pozwolił sobie na dłuższą chwilę ponurego milczenia i zalew melancholijnych myśli, których szybko pozbywał się z pamięci. Był zbyt dobrze wytresowany, aby móc przeć naprzód ku swoim pragnieniom na przekór rodzinie. Dlatego też potrafił tak gorąco zazdrościć i śmiało odczuwał zawiść nawet w stosunku do Attawaya.
Bańka zadumy pękła, gdy zaczął opowiadać mu o rezerwacie. Dopiero wtedy nieznacznie się rozchmurzył, zwłaszcza gdy przyszło mu wyliczać każdego z podopiecznych i wspominać ich imiona. Krzywić zaczął się, dopiero gdy pomyślał o współpracownikach. Sytuacja sprzed kilku kwadransów wciąż była żywa w jego pamięci, ale zgrabnie wyminął ten temat, koncentrując się na samym ogrodzeniu. Oczywiście, mieli mapę i projekt ogrodzenia również. Zaprowadził kuzyna w kierunku kilku przybudówek, gdzie namierzyli wszystko to, co było im potrzebne do rozpoczęcia pracy nad zaczarowaną siatką. Chociaż Rhys nie wydawał się szczególnie podminowany, przez resztę dnia pozostawał osobliwie milczący.

| ztx2


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 12-02-2020

24 sierpnia 1980r.

Petrichor… czuł ten zapach wyraźnie za każdym razem, gdy wychodził, aby zajrzeć do smocząt. Lepka wilgoć wisiała w powietrzu niemalże od samego rana i gdyby tylko nie uwalniała na świat cudownego aromatu sosnowych igieł, byłby skłonny zacząć na nią narzekać. Było duszno i parno, aż ciężko się oddychało, zwłaszcza w pobliżu smoków, które zawsze chętnie służyły rozwarciem szczęk i buchnięciem płomieniem ponad ich głowy. Bądź prosto w ręce, jak zdarzyło się to dzisiaj. Dlatego większość dzisiejszego dnia Rhys poświęcał na doglądanie pękających jaj i uwalnianie smoczątek z resztek skorupy, jaka kleiła się do ich łuskowatej skóry tuż po narodzinach. Kiedy miał przerwy od tego rozwojowego zajęcia, obficie smarował dłonie maścią na oparzenia i teraz, po kilku godzinach od zdarzenia mógł wreszcie przyznać przed samym sobą, że zaczyna czuć ulgę. Nie było to jego pierwsze oparzenie, więc nie obnosił się z bólem, jaki promieniował aż do ramienia. W pewnym sensie był już do niego przyzwyczajony, co nie zmieniało faktu, że i tak miał nerwy na samego siebie. Mógł temu zapobiec. Wystarczyło najpierw pójść po rękawice, zamiast uspokajać poirytowaną, smoczą mamę, nie odwrotnie. Teraz gdy kucał przy kolejnych, przypominających rośliny jajach, kiwających się w rytm burzowych grzmotów zapowiadających ulewę, analizował swoje błędy od A do Z, jak zwykle zresztą. I pewnie byłby tak trwał w tej obserwacji jeszcze przez dłuższy czas, gdyby nie to, że u jego boku niespodziewanie zjawił się jeden z pracowników rezerwatu.
- Mamy obserwatora. Thelma prosiła, żebyś z nim został. - Krótki komunikat przywrócił go do świata żywych. Błękitne oczy uniosły się znad różowo-zielonych owali i napotkały dziwnie znajomą, a zarazem charakterystyczną ciemną skórę oraz czekoladowe oczy. Na współpracownika nawet nie spojrzał, a jedynie kiwnął krótko głową. Z poleceniami babki i tak nie było co dyskutować. Rhys na moment zawiesił wzrok na czarnoskórym i minęło kilka długich sekund przeplatanych ciszą i pojedynczym grzmotem, gdy przypomniał sobie jego imię.
- Alec? - Zapytał, aby się upewnić i zmarszczył brwi w tym całym zastanawianiu się. Nie dało się ukryć, że wyróżniał się swoją aparycją wśród typowych Brytyjczyków, aczkolwiek Alec, którego pamiętał Travers był przecież o wiele niższy i jakiś taki bardziej pucołowaty. Nie dziwota, skoro ostatni raz widzieli się w Hogwarcie.

Z powodu braku aktywności drugiego gracza - zt


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 05-27-2021

18 listopada 1980r.

Cichy szelest materiału wciąganego na grzbiet i mocny aromat gorzkiej, mocnej kawy (doprawionej eliksirem uzdrawiającym) były ostatnimi czasy melodią dnia powszedniego dla Rhysa Traversa. Senne poranki wymagały drobnego wsparcia samego siebie. Taka pora roku, że zwykła przebieżka przestała wystarczać, aby utrzymać otwarte oczy, gdy wieczory spędzało się na intensywnym studiowaniu tylko sobie znanych tematów. Ciężkie, fioletowe podkówki pod oczami wręcz krzyczały do świata zewnętrznego, aby go nie zaczepiać, aczkolwiek poniekąd teraz był najlepszy moment na niezależność. Kiedy w smoczym rezerwacie robiło się coraz chłodniej, coraz mniej zwiedzających ustawiało się w zawiłe kolejki, aby zawracać mu gitarę i stękać o zapisy na smocze narodziny. Dlatego też pozwalał sobie na zwiększoną swobodę i wpadł do pracy wręcz na ostatnią chwilę. Przespał poranne karmienie, dlatego z pokorą zapisał się na popołudniowe zabiegi higieniczne w obszarze B, gdzie zamieszkiwały najstarsze smoki. To nie była najprzyjemniejsza praca, aczkolwiek dawała mu możliwość uczestniczenia w wykluwaniu się najmłodszych mieszkańców rezerwatu. Przesunął palcami po ciężkim, lekko śliskim materiale jesiennego płaszcza i zapiął o dwa guziki więcej, gdy spomiędzy gęsto rosnących drzew dotarł do niego porywisty wiatr i popijając kawę z zaczarowanego, utrzymującego temperaturę kubka powędrował do głównej bramy, gdzie wedle jego informacji miał dziś zjawić się jedyny obserwator, chętny na wielogodzinne siedzenie na wilgotnym kamieniu i wpatrywaniu się w pękające skorupki smoczych jaj.
- No chyba sobie żartujecie, kogo moje oczy widzą. - Odezwał się, gdy niebieskie spojrzenie dotarło wreszcie do wysokiej, smukłej sylwetki oczekującej na sprawdzenie. Dostrzegając znajomą, jadowitą zieleń jej tęczówek pozwolił sobie na nieznaczny uśmiech, którego znaczenie nie było do końca jasne.
- Przyszłaś na nawożenie krzewów smoczym łajnem? - Zapytał, ale było widać, ze nie śmiał być w tym poważny. Doskonale wiedział, jaki dzisiaj dzień. - Daj mi swoją różdżkę. Muszę dać ci upoważnienie. - Zażądał chwilę później, puszczając kubek z kawą, który zaczął się unosić tuż obok jego ramienia i wyciągnął przed siebie dłoń, aby przejąć magiczny patyczek.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Salamandre Ardeliu - 05-28-2021

Gdyby Salamandre była tego typu kobietą, narodziny smoków mogłyby wiązać ją sentymentem z jaskiniami w Rumunii w akademii Solomonarich, gdzie w czasach swojej edukacji magicznej, studiowała behawioryzm smoków i ich jeźdźców. Tymczasem, Ardeliu niewykazująca żadnego przywiązania do ludzi, a tym bardziej wydarzeń, znajdowała inne niż wrażliwość na wspominki, argumenty uczestniczenia w wykluciu smoków. Pomimo, że nie potrafiłaby zliczyć ile razy była już świadkiem tego wydarzenia, tym razem… przybyła tu dla swoich badań. Oficjalnie.
Nieoficjalnie, kto ją tam wiedział.
Na obrzeżach rezerwatu, była już umówiona z jednym z przedstawicieli smoczego siedliska. Spodziewała się obojętnego przywitania, parady milczenia i biznesowego, chłodnego podejścia. Zamiast tego sokolim spojrzeniem wypatrzyła na granicy lasu, akurat JEGO. Chociaż jej krok nie zachwiał się nawet na moment, intuicyjnie, zielone tęczówki podażyły od jego sylwetki za jego plecy. Chciała wypatrzyć innego przewodnika. Nawet już stając przed nim, odpowiadając mu na pierwsze słowa powitania, wzrokiem błądziła po obrysie lasu, dalej oczekując innego kompana.
Więc od tego tu jesteś? Od nawożenia łajna?
Tak naprawdę nie próbowała go obrazić. Gdyby naprawdę wierzyła, że taka jest jego rola, nie przestałaby szukać w pobliżu kogoś innego. Tymczasem, pogodziła się z myślą, że to on będzie jej towarzyszył przynajmniej kilka godzin tego dnia. Kiedy oswoiła się z tą wiedzą, dopiero wtedy jej zielone tęczówki padły na jego oczy, w czasie kiedy kościste palce wcisnęła do kieszeni wełnianej kurtki, gdzie natrafiła na twarde, grabowe drewno.
Nie po to, żeby od razu mu je oddać. Bynajmniej.
Trudno było wnioskować, jakie emocje wzbudzała w niej jego obecność. Tęczówki jej oczu zwęziły się, ale nie złowrogo. W skoncentrowaniu, kiedy cmoknęła krótko i ostatecznie oddała mu swoją różdżkę. Prychnęła jednak przy tym, zaskakując faktem, że nawet ona odczuwała czasem rozbawienie.
Choć nie wyjaśniła od razu, skąd to krótkie parsknięcie.
Zabawne… — mruknęła mimo wszystko dla podtrzymania rozmowy — w końcu dostanę od ciebie błogosławieństwo.
Wskazała podbródkiem na różdżkę, na którą zapewne musiał rzucić odpowiednie zaklęcie. Jednocześnie skazując tak samo siebie, jak i ją na ich wzajemne towarzystwo. To mówiąc, przeszła z typowego rozleniwienia, do raptownego odruchu, kiedy postąpiła krok przed siebie, z brakiem skrępowania sięgając po kubek kawy, niczym najlepsza przynęta na salamandry, zawieszony przed nią w powietrzu. Już po pierwszym upitym łyku wyczuła charakterystyczną nutę eliksiru uzdrawiającego, tak dobrze jej znanego ze względu na jej specjalizację. W żaden sposób tego nie skomentowała. Jedynie objęła zachowawczym, acz ciekawskim spojrzeniem jego sylwetkę, teraz odczytując z niej oznaki ewentualnego wycieńczenia organizmu. Chociażby w sińcach pod oczami.
Idziemy?
Wyciągnęła rękę z kawą w jego kierunku na podmiankę, w zamian czekając na swoją różdżkę. Zadając to pytanie, odwróciła się tyłem do toru ścieżki, a przodem do niego, jak tylko go minęła na drodze.
Pomimo, że nie lubisz towarzystwa pięknych kobiet o hipnotycznym spojrzeniu.
Sparafrazowała słowa, jakimi ostatnio ją pożegnał: “laleczka o maślanych oczach”. Zapamiętała je inaczej. Dokładnie tak, jak je zinterpretowała.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 05-28-2021

Nie wyglądał na zbitego z pantałyku jej komentarzem, wręcz przeciwnie. Po jej słowach na jego twarzy rozciągnął się uśmiech, który śmiało sugerował rozbawienie. To ci akurat była pewna nowość w jego zachowaniu.
- Kto wie, może. Odkryj to sama. - Odpowiedział niejasno, nie dając jej nawet jednej wskazówki, której mogłaby się uczepić. Sądził, że wcale nie musiał. Kiedy tylko dowie się z kim ma do czynienia, raz i dwa połączy kropki i być może sama wywnioskuje zakres jego obowiązków. Zaskakujące, czy nie, nawożenie smoczym łajnem było jednym z elementów codzienności smoczego opiekuna, niezależnie od jego statusu społecznego, czy rangi w rezerwacie.
Dostrzegł pewne zawahanie, które pokierowało nią podczas oddawania różdżki, aczkolwiek postanowił go nie komentować, a przynajmniej do czasu, gdy ona sama nie zabrała głosu. Nie odebrał tego jako próby podtrzymania rozmowy, a raczej jak niewielki przytyk, który i tak po kilku sekundach przestał mieć większe znaczenie.
- Nie nazwałbym tego błogosławieństwem. To bardziej jak… wzięcie szczeniaczka na smycz. - Dość niecodziennie dobierając to sformułowanie, pozwolił sobie na posłanie jej dłuższego spojrzenia. Nieuszczypliwego, a także - co zaskakujące - niezwykle dalekiego od drwiącego. Było badawcze, jak gdyby z jakiegoś powodu ciekawiło go, czy żmije również można prowadzić w ten sposób na spacery.
Przejął różdżkę i przesunął po niej palcami w wyuczonym geście, wywołując zarazem wystrzelenie snopu niewielkich, kolorowych iskier. Następnie faktycznie mruknął coś do siebie, muskając jej zaczarowany patyczek swoim własnym. Powietrze zawibrowało na całe dwie sekundy, a następnie magia rozpłynęła się w powietrzu, jak gdyby nigdy jej tam nie było. Wtedy też wyciągnął dłoń przed siebie, aby oddać jej różdżkę.
- Słyszałaś kiedyś o chorobach przenoszonych przez ślinę? Wystarczyło zapytać, mamy cały dzbanek świeżej kawy. - Zauważył, przytrzymując jej różdżkę i nie pozwalając jej zabrać ręki, dopóki nie wytrzymała kilku sekund jego intensywnie niebieskiego spojrzenia. Chętnie przejął kubek z kawą i upił z niego tęgi łyk, najwidoczniej nieszczególnie przejęty zagrożeniami, jakie tak śmiało przed momentem przytaczał.
- Widzisz tutaj jakąś? Ja widzę wyłącznie pyskatą żmijkę wijącą się wściekle wokół kostki olbrzyma. - Dociął jej nieznacznie, aczkolwiek wcale w ten sposób nie zaprzeczył jej słowom. Nie nazwał jej brzydką, nie ujął hipnotyczności jej spojrzeniu. Pozwolił, aby jej wypowiedź zawisła pomiędzy nimi, nim odwrócił się z powrotem w kierunku gęsto rosnących drzew, za którymi kryły się pierwsze budynki rezerwatu. Nie czekał na nią, ale też nie pędził przed siebie. Jego krok był spokojny, a aura kompletnie inna od tej, jaką zdążyła poznać w budynku stowarzyszenia. Biła od niego harmonia, której nie sposób było pomylić z obojętnością. W jaki sposób zinterpretuje ją żmijka?
- Często to robisz? - Zapytał, przechodząc pod ciężką gałęzią karłowatego jesionu i zatrzymał się, przytrzymując ją ponad głową przechodzącej Ardeliu. - Oglądasz, jak pękają fasady? - Zapytał, a chociaż miał na myśli smocze narodziny i rozbijane przez gady skorupy jaj, nie sposób było nie odnieść wrażenia, że jego słowa są odrobinę dwuznaczne.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Salamandre Ardeliu - 05-29-2021

Jego spojrzenie było dość przenikliwe, żeby na chwilę zatopiła się w tym błękicie, jednak nie naiwnie, a poszukując w nim kierujących jego zachowaniem emocji. Daremnie, bo lód, jakim się odgrodził nie był łatwy do przebicia. Dlatego ostatecznie prychnęła odwracając wzrok, nieukontentowana niewiedzą.
Hau — mruknęła zamiast tego w odpowiedzi, choć nie sprawiała wcale wrażenia, jakby łatwo było ją utrzymać na tej metafizycznej smyczy. Mógł jednak próbować. Prób nie mogła mu zabronić.
Ujarzmianie Salamandry rozpoczął od wzięcia sobie za zakładnika jej różdżki. Przytrzymując palcami grabowe drewno, utrzymała dla odmiany jego wzrok, z perfidią zadając konkretne pytanie.
Cały dzbanek jest z bonusem?
Miała na myśli dodatek eliksiru uzdrawiającego, który wyczuła w nutach smakowych kawy.
Jak nie to wolę Twoją.
W końcu odzyskała swoją własność, obracając z wolna różdżkę w palcach, wpatrując się w Rhysa bez skrępowania spożywającego kawę potencjalnie przez nią skażoną.
Słyszałeś kiedyś o chorobach przenoszonych przez ślinę? — przedrzeźniła go jeszcze zanim obróciła się przodem do ścieżki i przeciągnęła się obrazowo dla tego wicia, o jakim wspominał. Chociaż akurat ten gest w jej wykonaniu przypominał bardziej leniwie rozciąganie się kota po drzemce niż skręcanie gadziego ciała. Wydawała się na tyle rozluźniona, jakby całkowicie opuściła gardę. Mimo to, spuszczając ramiona z powrotem w dół, obróciła się przez jedno z nich w jego kierunku kontrolnie. Wyłapując jego spojrzenie, przytrzymała je moment, zanim jej wzrok wyraźnie spłynął przez jego kark, tors i pas, aż do stóp.
“Wściekle”, zgadzam się. Olbrzyma? Masz o sobie wysokie mniemanie, dzieciaku.
Kącik ust drgnął jej w nieco sarkastycznym uśmiechu choć pozbawionym perfidnej drwiny. Nie widniał on jednak długo na jej twarzy. Już chwilę potem bezwiednie podążyła wzrokiem za tyłem jego pleców i ramieniem, kiedy uniósł gałąź ponad jej głowę. Instynktownie zachowała czujność przechodząc zarówno pod jesionem, jak i jego ręką. Poważnie spodziewając się, że mógłby tę gałąż puścić przed samą jej twarzą. Z niewielkim zaskoczeniem, wymijając go, odkryła, że był to zwykły, dżentelmeński odruch. Być może dlatego, zatrzymując się na jego poziomie, posłała mu przychylniejsze spojrzenie. Przez jadowitość jej tęczówek, błysnęła nawet odrobina bursztynowego zabarwienia, kiedy patrzyła na ludzi trochę łagodniej i cała mimika jej twarzy sprawiała jej spojrzenie nieco mniej agresywnym i przyszpilającym.
Tylko jeśli coś mnie naprawdę interesuje.
Pozwoliła mu zgadywać czy mówiła o narodzinach smoków, czy tej drugiej, dwuznacznej części jego wypowiedzi.
Smoki bywają tak samo hipnotyczne, jak odstraszające. Przekonamy się, jakie okażą się dzisiaj. Prowadź, olbrzymie.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Rhys Travers - 05-29-2021

Nie roześmiał się, chociaż gdzieś daleko w tym błękicie jego spojrzenia zajaśniały iskierki skrywanego rozbawienia. Gdyby wzięcie jej na smycz mogło powstrzymać ją od kąsania, to chętnie założyłby jej nawet kaganiec. Co takiego w życiu zrobił, że zasłużył sobie wyłącznie na towarzystwo kobiet o niewyparzonych językach? Jak nie Lúcia to… no właśnie, kto? Zauważając, że nie do końca jest mu znajome jej imię, rozważył w duchu czy warto było je poznawać. Jako zapalony odkrywca pragnął pozyskiwać nawet tak błahe informacje wyłącznie dla własnej harmonii psychicznej, a jednocześnie wolał nie poruszać tego tematu na wypadek, gdyby pozostając ono bez odpowiedzi, zostało odbite w jego kierunku. Nie zawsze warto było obnosić się ze swoim statusem społecznym, a chociaż po Rhysie całkiem wyraźnie widać było ilość galeonów na jego koncie, tak na większość czarodziejów dźwięk jego nazwiska działał jak drażniące zaklęcie nakazujące im (najwidoczniej) wsadzić kij prosto we własną dupę.
- Spróbuj mnie przekonać do podzielenia się z tobą moim bonusem. - Postawił przed nią wyzwanie, nie spodziewając się zupełnie tego, że może chcieć podjąć się tego zadania. Jednocześnie nie wydawał się być zaskoczony tym, że rozpoznała, z czym pijał swoją poranną kawę. Nie dlatego, że doskonale ją przejrzał, a raczej z uwagi na wieloletnią praktykę w skrywaniu własnych emocji. Dodatkowo też oceniał po jej usposobieniu, że najpewniej niejeden już raz dostała od kogoś w pysk za takie odzywki. Byłby już w większym szoku, gdyby było inaczej.
Pokręcił w milczeniu głową na boki, gdy kobieta spojrzała z nieufnością na przytrzymywaną ponad jej głową gałąź. Chociaż go korciło, postanowił utrzymać język na wodzy, co zaowocowało niezwykle interesującym zjawiskiem, jakie właśnie miał przed oczyma. Dostrzegł ten błysk bursztynu i łagodności, jakiej kompletnie się nie spodziewał. Pomiędzy jego brwiami pojawiła się niewielka zmarszczka wynikająca ze skupienia, kiedy spróbował zastanowić się, czy to wyłącznie gra, czy może prawdziwa emocja i przebłysk człowieczeństwa. Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
- To olbrzymie, czy dzieciaku, żmijko? - Zapytał, nie reagując w żaden sposób na jej odpowiedź, chociaż wyraźnie zakodował ją sobie w pamięci. Hipnotyczne i odstraszające… tacy jesteśmy, kuzynie?
Poprowadził ją dalej już w milczeniu, a im głębiej brnęli w las, tym mniej dzikie stawały się czepiające się ich płaszczów gałązki drzew i krzewów. Wreszcie buty Rhysa zachrzęściły na nierówno rozsypanym żwirze, a ich oczom ukazało się wiele powalonych kawałów drewna, kilka wyraźnie nadpalonych. Znaleźli się już dostatecznie blisko, aby należało dopełnić formalności. Travers wyciągnął rękę w bok, aby powstrzymać kobietę od postawienia kolejnego kroku.
- Jak się nazywasz, żmijko? - Nie kierowała nim ciekawość, co zdradził dosłownie uderzenie serca później. - Fawley? Macmillan? - Sprawdzał, czy nie przybyła konkurencja.


RE: Rezerwat smoków w górach Macgillycuddy’s Reek - Salamandre Ardeliu - 05-30-2021

Parsknęła, choć trudno było powiedzieć czy było to prychnięcie z kpiny czy z rozbawienia. Celowości tego gestu nie określiły nawet słowa, jakimi później go dopełniła. Zatrzymując się na moment w miejscu, obdarowała to przelotnym spojrzeniem, unosząc drwiąco kącik ust.
A co miałoby mnie powstrzymać żebym sobie tej kawy po prostu nie przywłaszczyła? — spytała trzeźwo. Powinien już zauważyć, że nie miała szacunku dla czyjejś własności i raczej nie przejmowała ją kurtuazja. Gdyby chciała, najpewniej nie prosiłaby go o pozwolenie na podzielenie się z nią jego kawą. Po prostu by ją wzięła. Ale nie chciała. Za moment wyjaśniła dlaczego.
Wyglądasz jakbyś potrzebował jej bardziej.
Ta drobna uszczypliwość zakończyła ten temat, przynajmniej z jej strony. Blada cera okraszona fioletowymi sińcami zdradzała zmęczenie. Wyjątkowo to nie rysowało się dziś na twarzy wyspanej Salamandre.
Zdawała się, jak na siebie, bardzo żywiołowa. Nawet pomimo zwyczajowej powolności z jaką podwijała rękawy i zaczesywała potargane włosy za ucho, gdzieś przez jej fasadę przebijała się pewna dynamiczność. Emanująca od niej wtedy, kiedy chciała z siebie wykrzesać trochę energii. Obecnie, w momencie, w którym zagrodził jej ręką drogę. Nieprzystosowana do uginania się do zasad i nakazów innych, wyminęła ją zręcznie, nawet pomimo, że stanęła dokładnie krok dalej. Zatrzymana tym samym, co on, widokiem spalonych konarów, które stanowiły żywy dowód na znajdujące się nieopodal, albo właśnie tutaj siedlisko smoków. Kucnęła dotykając opuszkami palców opalonej trawy, sprawdzając czy ta była jeszcze ciepła, czy stanowiła tylko efekt przelotnego przejścia przez ten teren podniebnych bestii.
Instynktownie wzięła głębszy wdech. Choć w Rumunii, szczególnie, jako adeptka Solomonarich, spotykała się często z widokiem smoków, nie powiedziałaby, że zdążyła do niego przywyknąć. Czy to było w ogóle możliwe? Móc czuć się bezpiecznie w ich towarzystwie? Na miejscu?
Zwężone tęczówki zdradzały jej skupienie. Teraz, nawet szelest jej własnej kurtki zdawał się dla niej głośniejszy. I każdy odgłos lasu. Tym bardziej bliski ton głosu mężczyzny dotarł do niej dobitnie, wibrując obok ucha i wywołując lekkie drgnienie jej spiętego ciała.
Przez własną koncentrację, wyłapała więcej kontekstów jego wypowiedzi niż by się spodziewała.
Travers — odpowiedziała, wcale nie na jego pytanie. Wyprostowała się. Początkowo chciała stanąć przed nim. Zmniejszyć dystans i wyczytać z jego oczu, czy jej ślepy traf był słuszny. Czy rzeczywiście zdradził pochodzenie swojego rodu. Bądź przynależność i usługę na łamach takowego. Choć gdyby miała być szczera, nawet w roboczych ciuchach, nie sprawiał wrażenia służby, a arystokracji. To wyjaśniałoby jego arogancję. I ego.
Żeby potwierdzić swoje przypuszczenia, wyczytując je z jego spojrzenia, musiałaby odwrócić się tyłem do obalonych drzew. To nie wchodziło w grę. Dlatego ostatecznie nie odnalazła jego spojrzenia, a zamiast tego odwróciła się do niego jedynie profilem.
Brzmi lepiej niż “duże dziecko”, nie sądzisz?
Stojąc tak pomiędzy spopieloną korą, kątem oka patrząc na niego, gdzieś w zasięgu jej spojrzenia znalazło się coś znacznie bardziej ciekawego. Gatunek rośliny, który rośnie tylko w odpowiednich warunkach. Na dobrze urzeźnionej smoczym ogniem i popiołem ziemi.
Ruszyła w tamtym kierunku, na ten moment ignorując polecenie przewodnika żeby się zatrzymać. To był rzadki okaz składnika eliksirów. Nie mogła przejść obok niego obojętnie. Powstrzymał ją ryk smoka, póki co w oddali, który jednak zbliżał się w ich kierunku.
Zamarła w bezruchu, nasłuchując zmian w otoczeniu. Próbowała oszukać rzeczywistość i swój strach, bez skrępowania kontynuując rozmowę. Bez jakichkolwiek zmian w intonacji, mogących świadczyć o jej przezorności wobec spotkania smoków w tej okolicy.
Salamandre Ardeliu. Spróbuj drugi raz nie zapomnieć.
Prawda była taka, że raz już mu się przedstawiła. Wtedy nie przykładał do tego żadnej uwagi. Dlaczego teraz by miał?
Nie podoba mi się tu.
Coś ją niepokoiło. Zaraz okazało się co. Zaślepiona rzadkimi ingrediencjami, wlazła w sam środek starych łupek po wyklutych już jajach.
Jej obsesja miała dobre i złe strony… Ale jednak więcej złych.